Image Slider

Dove, Derma SPA Cashmere Comfort- krem do rąk i balsam do skóry bardzo suchej

| On
08:00

Przyznaję, że na pielęgnację marki Dove nie zwracałam wcześniej wielkiej uwagi. Regularnie kupuję ich mydło w kostce i antyperspirant, ale to by było tyle. Myślę, że ich ogólna dostępność sprawiła że traktowałam je trochę po macoszemu;) 
Ale w zeszłym roku odkryłam, całkiem przypadkiem Dove Purely Pampering olejek do ciała pistacja- magnolia, w którym totalnie się zakochałam. Niestety firma zrobiła mi brzydkiego psikusa i olejek wycofała, zostawiając inne produkty z serii co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe... No ale, moje zainteresowanie ofertą Dove wzrosło i tak w moje ręce trafiły kosmetyki z serii Derma Spa Cashmere Comfort- balsam do ciała i krem do rąk.


Kosmetyki dedykowane są skórze bardzo suchej, a moja skóra na ciele zdecydowanie taka jest. Mają ją regenerować, odżywiać i przede wszystkim długotrwale nawilżać. I z nie małym zdziwieniem przyznaję, że z tych zadań wywiązują się bardzo dobrze. 

Na szczególną uwagę zasługuje lotion, którego konsystencja znacznie różni się od konsystencji innych drogeryjnych balsamów. Jest wyraźnie bardziej bogata i treściwa, pozostawia na skórze delikatną, komfortową warstwę ochronną. Skóra po jego użyciu jest w wyraźnie lepszej kondycji, bardziej miękka i gładka. Wiem, że w ofercie jest jeszcze masło do ciała które jest jeszcze gęstsze i mam wielką ochotę je wypróbować;) 

Krem do rąk również mi się spodobał, choć oczywiście z TYM zawodnikiem równać się nie może;) Ale skórę, która nie jest ekstremalnie przesuszona czy popękana utrzymuje w dobrej kondycji.  Nakładany w umiarkowanych ilościach ładnie się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy na dłoniach.

W składzie oprócz gliceryny znajdziemy olej arachidowy a także silikon, którego ja staram się unikać ponieważ nie lubię uczucia jakie daje. O dziwo, w przypadku tych kosmetyków absolutnie mi on nie przeszkadza- może to kwestia pozostałych składników, ale nie czuję tej sztucznej, silikonowej powłoki na skórze.

Na koniec zostawiłam sobie zapach, czyli coś co zdecydowanie skłania mnie do częstego sięgania po serię Cashmere Comfort. Jest on zupełnie niespotykany pośród kosmetyków z drogeryjnej półki. W kilku słowach: otulający, ciepły, apetyczny, korzenny, jesienno-zimowy, kobiecy, zmysłowy, uzależniający... 
Mogłabym mieć takie perfumy:) 

Dajcie znać czy używałyście kosmetyków z tej serii i jak Wam się sprawdziły. Jestem też ciekawa jak Wy odbieracie ten zapach?


Zimowej pielęgnacji ciąg dalszy- Sephora Ultra Nourishing Shower Cream

| On
15:36

Niedawno pisałam Wam o moim ulubionym kremie do rąk na zimę KLIK, a dziś o równie lubianym żelu pod prysznic z Sephory. Choć nazwanie tego kosmetyku żelem odnosi się jedynie do jego zastosowania:)


Ultra Nourishing Shower Cream jak sama nazwa wskazuje ma konsystencję kremową. Bardzo treściwą i gęstą jak dobrej jakości śmietana- suche skóry zawyją z uciechy:) Używanie go to prawdziwa przyjemność. Skóra po kąpieli jest przyjemnie miękka i lekko nawilżona, nie trzeba zaraz wcierać balsamu. Ja bardzo lubię go używać tuż po porządnym peelingu- efekty są wtedy zachwycające. Można też stosować go do mycia twarzy, co zdarzyło mi się robić i tu również spisuje się bardzo dobrze. 

Uwielbiam jego zapach, delikatny, pudrowo- kremowy. Niesamowicie umila czas pod prysznicem, aż nie chce się stamtąd wychodzić:) Długo utrzymuje się na mojej skórze, ale nie konkuruje z perfumami. 

Podoba mi się też stylistyka tej serii. Jest prosta, schludna i nie przekombinowana. Opakowanie solidne, z pompką która działa bez zarzutu i nie zacina się.

Jedyną wadą może być cena- 45zł za 400ml. Na szczęście pomimo swojej konsystencji jest to produkt dość wydajny, a Sephora często oferuje różne zniżki i promocje na swoją markę. Wtedy zdecydowanie warto się w niego zaopatrzyć. Ja robię zapas:)

Too Faced, Sweet Peach Palette- Recenzja i Swatche

| On
15:29

Nie ukrywam, że palety do makijażu budzą we mnie instynkt kolekcjonerski. Jednak pomimo tego i pozytywnych doświadczeń z poprzednimi paletkami Too Faced, na Sweet Peach długo nie mogłam się zdecydować...
Szukając w internecie swatchy zauważyłam, że mało w tej paletce tak naprawdę brzoskwiniowych cieni. Zagłębiając się w opinie innych blogerek, przekonałam się że nie ja jedna tak uważam. Chciałam już odpuścić, ale traf chciał że miałam okazję pomacać ją sobie w Sephorze i oto jest:)


No dobrze, ale do rzeczy;) 
Sweet Peach liczy sobie 18 cieni zamkniętych w metalowej kasetce z magnetycznym otwieraniem. Jeśli znacie poprzednie palety Too Faced, to pewnie nie umknął Wam brak dwóch większych cieni "bazowych". Dla niektórych może być to minus, ale ja nie odczuwam ich braku. Zamiast nich jest po prostu więcej kolorów. 
W brzoskwiniowej kolorystyce utrzymane są Just Peachy, Candied Peach i Bellini, a więc zaledwie 3 cienie na 18. Trochę mało. Nie oczekuję, że cała paleta będzie pomarańczowo-różowa, wtedy ilość makijaży jaką można by nią stworzyć byłaby mocno ograniczona. Jednak całkowicie satysfakcjonowałoby mnie gdyby cienie brzoskwiniowe stanowiły choć połowę palety. 
A tak mamy tu jeszcze garść ciepłych neutrali, z których słyną paletki Too Faced, a także fiolety i zielenie.


Co do jakości,widzę wyraźną różnicę w formule cieni pomiędzy Sweet Peach a paletkami czekoladowymi. W tamtych cienie były bardziej suche (co nie jest wadą) a pigmentacja nieco delikatniejsza (aczkolwiek bez zarzutów). Cienie w tej palecie są bardziej kremowe, mocniej napigmentowane. Jednak nie bez niechlubnych wyjątków;)




Odcienie Candied Peach (pomarańczowy mat ze srebrnymi drobinkami) oraz Talk Derby To Me (brudny fiolet z różowymi drobinkami) są po prostu fatalne. Już od jakiegoś czasu obserwuję, że różne firmy, nie tylko Too Faced mają z tego typu cieniami ogromny problem. Są bardzo suche, kredowe wręcz, a podczas blendowania te urocze drobinki gdzieś uciekają (najpewniej na policzki:P)... Nie rozumiem po co na siłę umieszczać takie cienie w każdej palecie. 
Słabo wypada też Georgia (na którą osobiście bardzo liczyłam)- aby ją zeswatchować musiałam po prostu zdrapać nieco cienia. Na powiece jest zupełnie niewidoczna. Niedobrze...
Jako ostatnie "na nie" muszę wymienić Bless Her Heart i Tempting- zwyczajnie nie podobają mi się jako kolory. Nie wierzę, że komuś może być do twarzy w zgniłej zieleni:P

Żeby nie było, że marudzę, w paletce są też cienie które mi się bardzo podobają- Just Peachy, Bellini, Luscious, Puree i Summer Yum. Przy czym odpowiedniki trzech ostatnich bez problemu odnalazłabym w paletach Zoeva KLIK albo w czekoladkach Too Faced. 


Na koniec zostawiłam sobie kwestię zapachu. Nie przeszkadza mi i chyba nawet wolę go niż zapach Chocolate Bar i Semi Sweet. Ale nie jest to zapach brzoskwiń;) Raczej takich słodko-kwaśnych brzoskwiniowych żelków. Osobiście nie widzę sensu tak silnego perfumowania kosmetyków przeznaczonych do makijażu oczu. 

Podsumowując, czy Sweet Peach jest warta zachodu? Cóż, jeśli tak jak ja kolekcjonujecie palety cieni to pewnie i tak ją kupicie, a może nawet już ją macie:P W przeciwnym wypadku zainwestowałabym raczej w którąś z czekoladek. Jeśli nie możecie zdecydować między Chocolate Bar albo Semi Sweet to niedługo na blogu pojawi się ich szczegółowe porównanie:)


Karnawałowy Nail Art

| On
15:51


Hej! Przygotowałam dziś zdobienie karnawałowe dla tych co chciałyby, ale się boją:P Czyli schludnie i delikatnie, ale z brokatowym akcentem. Od Was zależy czy ozdobicie nim tylko jeden, dwa czy wszystkie paznokcie. Zapewniam Was jednak, że nawet jeśli wybierzecie tę ostatnią opcję (tak jak ja) Wasz manicure nadal będzie wyglądał bardzo elegancko i nie będzie raził po oczach choćby w dzień.




Całość jest banalnie prosta do wykonania. Zaczęłam od nałożenia na paznokcie dwóch warstw lakieru Essie Allure, po czym pozwoliłam im dobrze wyschnąć. Aby proces znacznie przyspieszyć polecam użycie topu utwardzającego (ja wybrałam Insta Dri od Sally Hansen). Następie cienkim pędzelkiem na każdym paznokciu namalowałam pionową kreskę używając lakieru Golden Rose Rich Color nr 20. Kiedy kreska trochę przeschła, powtórzyłam ten krok lakierem Golden Rose Jolly Jewels nr 122. Całość zabezpieczyłam topem. Et voila! :)
Prawda że łatwe? 


Uriage D.S- moja pomoc w walce z ŁZS

| On
17:14

Mam wrażenie, że czasy kiedy jedynym moim pielęgnacyjnym zmartwieniem była zbyt mocno przetłuszczająca się skóra na nosie bezpowrotnie minęły;) Jako posiadaczka cery tłustej, która sama z siebie nie bardzo chce się prawidłowo złuszczać, jestem niemalże "skazana" na ŁZS- czyli łojotokowe zapalenie skóry. Problem nie jest jeszcze mocno nasilony, nie mniej jednak postanowiłam działać ponieważ wiem, z doświadczenia bliskiej mi osoby, jak może być nieprzyjemnie kiedy się sprawę zaniedba. 
A oto moi pomocnicy w walce z ŁZS:


Po przeczytaniu wielu opinii zdecydowałam się na serię D.S od Uriage, ponieważ jako jedyna posiada wszystkie produkty, na których mi zależało a więc żel do mycia twarzy i ciała, emulsję (czyli po prostu krem) oraz lotion- preparat w sprayu do stosowania na skórę głowy. 

Kosmetyki te stworzono, aby zapobiegać nawrotom łojotokowego zapalenia skóry. 
Produkty zawierają piroktonian olaminy, który reguluje namnażanie się Malassezia furfur (odpowiedzialnego za powstawanie ŁZS), opatentowany kompleks TRL2, który hamuje proces zapalny, oraz wodę termalną Uriage, która łagodzi świąd, koi podrażnienia i zaczerwienienia. Ponad to w składach poszczególnych produktów znajdują się: olej z jałowca o właściwościach odkażających i przeciwgrzybicznych, masło shea i glicerynę.

Kosmetyków używam od początku grudnia, czyli dwa miesiące i już mogę zauważyć znaczne efekty. 
Zniknęło całkowicie zaczerwienienie na twarzy (u mnie występowało w okolicy nosa, na tzw. pućkach:), koloryt skóry wyrównał się i nie wyglądam już jakbym sobie zrobiła krzywdę różem do policzków. Cera jest zdecydowanie gładsza w dotyku, a kosmetyki kolorowe prezentują się na niej o wiele lepiej. 
Jeśli chodzi o skórę głowy, to lotion dał zadziwiające rezultaty. Przede wszystkim głowa wreszcie przestała mnie swędzieć ( a ja przestałam się czochrać jak małpa w zoo:), łuska i drobny łupież zniknęły a włosy są dłużej świeże. 

Myślę, że można śmiało powiedzieć, że kryzys został zażegnany, ale seria D.S ze mną zostaje. W szczególności emulsja i lotion. Wierzę, że stosowane profilaktycznie pomogą mi zapobiec nawrotom łojotokowego zapalenia skóry. 

Ps. Identyczny zestaw sprezentowałam mężowi u którego problem był znacznie bardziej nasilony niż u mnie i póki co efekty są wielce obiecujące:)




The Secret Soap Store 20% masła Shea- krem do rąk do zadań specjalnych

| On
20:46

Kiedy na dworze robi się zimno, a w domach zaczynają grzać kaloryfery, moje dłonie zmieniają się z bezproblemowych w zmasakrowane. I nie mam tu na myśli kilku suchych skórek, tylko bolesne, głębokie pęknięcia- takie aż do krwi. 
Dlatego zimą potrzebuję kremu do rąk z prawdziwego zdarzenia i dla mnie takim produktem jest już od kilku sezonów krem z 20% masła shea od The Secret Soap Store.


Kosmetyk występuje w kilku wersjach zapachowych min. trawa cytrynowa, pomarańcza, wanilia, zielona herbata czy passiflora- wszystkie pachną bardzo przyjemnie.

Krem zamknięto w tubce z miękkiego plastiku, który z wyglądu imituje metal. Jest to bardzo dobre rozwiązanie przy gęstej i treściwej konsystencji produktu. Z wyciśnięciem go do samego końca nie ma żadnych problemów. Moje opakowanie ma 70 ml ale z tego co widziałam na stronie secret-soap.com można je obecnie kupić w pojemności 30 i 80 ml. Niezbędne info, takie jak dokładny skład czy termin przydatności znajdują się na etykiecie.

Działanie kremu oceniam na bardzo dobre. Świetnie chroni dłonie przed mrozem, nawilża przesuszoną skórę i pomaga jej się zregenerować, zmiękcza i koi podrażnienia. 
Jak na swoją konsystencję- gęstej, zbitej pasty, krem wchłania się całkiem przyzwoicie (wcale nie trzeba go dużo), ale pozostawia na skórze delikatną powłoczkę. Nie jest to jednak tak nie lubiana przeze mnie lepka i śliska warstwa, ponieważ kosmetyk nie zawiera silikonu. W składnie nie znajdziemy również parabenów, sles ani pochodnych ropy naftowej. 
Krem zawiera za to (oprócz masła shea) glicerynę, mocznik, olej awokado i pantenol.
Nie jest testowany na zwierzętach. 

Składniki INCI/Ingredients: Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Cetearyl Alcohol, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Glyceryl Stearate SE, Urea, Parfum, Ceteareth-20, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Panthenol, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Juice, Sodium Polyacrylate, Sodium Ascorbyl Phosphate, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Ethylhexylglycerin, Polyaminopropyl Biguanide, Benzyl Alcohol, Citral, Citronellol, Eugenol, Farnesol, Geraniol, Linalool

Jestem ciekawa czy używaliście kosmetyków TSSS i czy przypadły Wam do gustu?


Zoeva Cocoa Blend i Caramel Melange- porównanie

| On
16:40

Neutralne palety cieni od dawna cieszą się popularnością, ale ostatnio bardzo na topie są te w zdecydowanie ciepłych odcieniach. Takie brązy, rudości a nawet  ceglaste czerwienie wyglądają świetnie przy każdym typie urody, ale w szczególności docenią je osoby o zielonych lub niebieskich tęczówkach. Efekt jest iście spektakularny:) 
Dziś chciałabym pokazać Wam dwie ciepłe palety firmy Zoeva- Cocoa Blend i Caramel Melange


Palety Zoeva są wykonane z wytrzymałego kartonu ozdobionego pięknym złotym wzorkiem i zamykanego na magnes. Są lekkie i kompaktowe. Nie posiadają lusterka.
Każda z nich składa się z 10 cieni o różnych wykończeniach. Moim zdaniem najlepsze jakościowo są odcienie metaliczne- są przyjemnie kremowe w dotyku a ich pigmentacja i krycie jest niesamowite. W następnej kolejności są maty- równie kremowe i napigmentowane. To jedne z lepszych cieni matowych jakich miałam przyjemność używać. Zaś najsłabsze w mojej opinii są cienie brokatowe, są bardziej suche a podczas blendowania puchatym pędzelkiem gubią gdzieś pigment i drobinki. Nieco zyskują jeśli są nakładane na mokro, pędzlem syntetycznym ale i tak nie są to moje ulubione cienie w palecie. 

Zerknijcie na swatche:



Moimi ulubionymi cieniami w palecie Cocoa BlendWarm Notes, Pure Ganache, Substitute for Love i Freshly Toasted. Najmniej lubię Bitter Start oraz Infusion.



W palecie Caramel Melange uwielbiam cienie Aftertaste, Alchemy, Start Soft i Almost Burnt. Najmniej przypadły mi do gustu Wax Paper oraz Edible Gem.

W obu paletach można dopatrzeć się pewnych podobieństw. I tak Wax Paper i Bitter Start są właściwie identyczne. Podobnie jest w przypadku Finish Sensual i Freshly Toasted. Bardzo zbliżone są też Alchemy, Start Soft i Substitute for Love- przy czym dwa pierwsze występują w tej samej palecie. Na zdjęciu palety Caramel Melange są to 6 i 7 swatch od lewej. 
Mimo to bardzo się cieszę, że mam je obie:) bo są to świetnej jakości cienie w dobrej cenie.

 Jestem ciekawa która z palet Zoevy jest Waszą ulubioną? 

PS: Jeśli lubicie neutralne palety, być może zainteresuje Was moje porównanie trzech palet Naked od Urban Decay KLIK