Gdyby jeszcze pół roku temu, ktoś mnie zapytał o opinię na temat maseł The Body Shop, nie miałabym do powiedzenia nic ciekawego. Swego czasu wiele osób zachwycało się tymi produktami, głównie ze względu na ich aromaty. Ja do tej pory miałam jedno pełnowymiarowe opakowanie (grejpfrut) i jedną miniaturkę (truskawka)- przy czym oba zapachy raczej nieudane, a dosadnie mówiąc sztuczne do granic możliwości. I niestety, dla mnie większość kosmetyków tej firmy właśnie tak pachnie- syntetycznie.
Przyszedł jednak czas, aby zrewidować swoje poglądy, kiedy w moje ręce wpadło to o zapachu Moringa. Ale po kolei...
Konsystencja masła jest gęsta, tłustawa i zbita. Wchłania się trochę zbyt wolno jak na mój gust i pozostawia na skórze delikatny film- ale to w końcu masło, więc nie mam pretensji. Tym bardziej, że kosmetyk naprawdę dobrze nawilża. Jestem pewna, że szczególnie posiadaczki skóry suchej byłyby nim zachwycone.
Jednak to, co podoba mi się w nim najbardziej to zapach. Mocny, świeży, intensywny- charakterystyczny dla białych kwiatów. Zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu. Ja sama jestem zdziwiona tym, że tak pozytywnie go odbieram, bo już kiedyś wąchałam Moringę i miałam zgoła odmienne odczucia. Znając moje szczęście, trafiłam na stary tester:P
Aby móc nieco dłużej cieszyć się tym pięknym aromatem, dokupiłam sobie mgiełkę do ciała. I tu niestety spotkało mnie rozczarowanie, bo mgiełka jest bardzo nietrwała. Następnym razem wybiorę wodę toaletową. I mydełko. I żel pod prysznic. No i może jeszcze krem do rąk. Serio, zwariowałam na punkcie tego zapachu...:)
