nail art & beauty

Image Slider

Tag Lakieromaniaczki

| On
13:59
Dziś post lekki i przyjemny- tag lakieromaniaczki podpatrzony u Klaudii. Jeśli i Wy zdecydujecie się odpowiedzieć na pytania, zostawcie linka do siebie w komentarzu- chętnie poczytam:)


1. Ulubiona marka lakierów. 
OPI- to były moje pierwsze lakiery, z gatunku "tych lepszych":P i mam do nich ogromny sentyment. Poza tym cenię je za jakość, mnogość wykończeń i kolorów,  ciekawe limitki... A! no i śmieszne nazwy:D

2. Lakiery brokatowe czy kremowe?
Na co dzień kremowe, ewentualnie z jakimś małym brokatowym akcentem. 

3. Jak często zmieniasz kolor lakieru do paznokci?
Na moich paznokciach większość lakierów wygląda dobrze przez 3 dni, później niestety muszę zmyć. Czasem jak jakieś zdobienie wyjątkowo mi się podoba, to noszę je trochę dłużej. Ostatnio też eksperymentuję z hybrydami więc zdarza mi się nie zmieniać koloru przez tydzień lub dwa:)
4. Ciemne czy jasne paznokcie? 
Jasne noszę zdecydowanie częściej.
5. Jaki jest Twój ulubiony kolor lakieru?
Mam słabość do wszelkich odcieni mięty oraz lakierów mlecznych.

6. Czy lubisz matowe wykończenie? 
Nieszczególnie. Lubię kiedy lakier mocno się błyszczy.
7. Czy jesteś fanką frenchu? 
Tak:) Bardzo podoba mi się schludność i uniwersalność takiego mani- przy czym nie zawsze musi to być klasyczny biały french. 
8. Za lakierami jakiej marki szczególnie nie przepadasz?
Niestety za Essie- miałam już kilka kolorów tej marki i tylko do jednego (Bordeaux) nie mam żadnych zastrzeżeń.

9. Czy używasz lakieru nawierzchniowego? 
Jasne, już chyba nie umiem inaczej:) Wszystko zaczęło się od Seche Vite i od tamtej pory wciąż testuję coś nowego. 
10. Jakiego koloru lakieru nigdy (lub prawie nigdy) nie nosisz?
Czerwieni- ale bardzo chcę to zmienić:) To będzie jedno z moich noworocznych postanowień:D
11. Czy używasz preparatów podkładowych?
Typowo podkładowych- nie. Natomiast zawsze pod kolorową emalię kładę jakąś odżywkę. 

12. Wzorki czy prosty manicure? 
Zależy. Ale chyba jednak wzorki. Uwielbiam stemple:D
13. Czy lubisz pękające lub inne, typu zamszowe,kawiorowe itp lakiery.
Nie, no ewentualnie piaski, ale też bez przekonania. Dla mnie lakier musi mieć gładką, lustrzaną i błyszczącą powierzchnię:P
14. Jakie lakiery znajdują się aktualnie na Twojej wishliście?
OPI Alcatraz Rocks, kilka OPIków z kolekcji Nordic, wszystkie OPI z kolekcji NYC Ballet (a zwłaszcza top)...
15. Jaki lakier kupiłaś ostatnio? 
Kilka hybryd z Semilac.
16. Lubisz dostawać lakiery w prezencie, czy kupować je sama?
Lubię dostawać w prezencie, chociaż zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. 99% swoich lakierów kupiłam sama.
17. Kiedy zaczęłaś malować paznokcie? 
Okazjonalnie to jakoś w liceum. Ale prawdziwe lakieromaniactwo zaczęło się kiedy założyłam bloga:)

Let it snow

| On
14:19
Na blogu zapanowała cisza. Chciałabym Wam napisać, że pochłonęła mnie atmosfera świąt albo wpadłam w szał wyprzedażowych zakupów, ale to nie prawda. Fakty są takie, że jestem zmęczona- od połowy listopada nie śpię (wcale albo po 2-3 godziny). Nie sądziłam, że bezsenność jest taka straszna. 
Tyle sobie zaplanowałam na grudzień. Miało być mnóstwo świątecznych zdobień, miały być pomysły na prezenty, miało być kosmetyczne podsumowanie roku... A tymczasem dziś usiadłam do komputera po raz pierwszy od... nie pamiętam kiedy...
Skoro już tu jednak jestem to coś Wam pokażę- zimowe zdobienie, wykonane stemplami z płytki MoYou Festive 06 na hybrydzie Semilac Glitter Milk.


Trzymajcie kciuki żebym się szybko ogarnęła:)

Ostrokrzew

| On
22:27
Sezon świąteczny możemy chyba uznać za rozpoczęty- skoro w tv puścili ostatnio Kevina, nie może być inaczej:P Tym bardziej, że już nie mogę się doczekać zimowych zdobień z płytki MoYou Festive 06, która na swoją premierę czekała prawie rok:D 
Dziś pierwsze z nich, ale możecie być pewni że będzie ich o wiele więcej, bo ta blaszka jest po prostu przepiękna.




Do wykonania tego zdobienia użyłam lakierów: Sally Hansen Complete Salon Manicure w odcieniu Bleach Babe jako bazy, Colour Alike Bamberka, Golden Rose Rich Color 11 oraz Sensique 180 Lying on the grass. Stemple z płytki MoYou Festive 06.


Mam nadzieję, że Wam się podoba:)

Colour Alike 'ja CHROMolę'

| On
17:26
Muszę się Wam czymś pochwalić;) Jakiś czas temu colorowo.pl ogłosiło na Facebooku konkurs na nazwę dla ich najnowszej kolekcji duochromów. Zgłosiłam się i... wygrałam!:D Oczywiście nagrodą w konkursie były lakiery, a jakże:)
Prezentuję Wam dziś lakiery dostępne pod wymyśloną przez mnie nazwą- ja CHROMolę. Pękam z dumy:D


Kolekcja liczy sześć odcieni- trzy o klasycznym duochromowym wykończeniu i trzy duochromy holograficzne:) Całość jest utrzymana w jesiennych barwach. Lakiery mają świetną konsystencję i pracuje się z nimi bajecznie łatwo. To co widzicie na poniższych zdjęciach to dwie warstwy, bez top coatu.

535H
535
536H
536
537H
537
Moim ulubieńcem jest 535- przepiękne bordo opalizujące na zielono i fioletowo:) A Wam który wpadł w oko? 

PS. Obecnie na colorowo.pl trwa na nie promocja;)


Real Techniques- Core collection, Blush Brush, Stippling Brush i Expert Face Brush

| On
20:16

Pędzle Real Techniques cieszą się w zagranicznej blogosferze zasłużonym szacunkiem. U nas też robią się coraz bardziej popularne- choć cenowo nie są dla nas tak atrakcyjne, jak dla koleżanek z Anglii czy USA (suprise suprise:P) Cóż, był czas przywyknąć. Czy mimo wszystko warto w nie zainwestować?

Dziś pokażę Wam pędzle z kolekcji Core a także kilka dostępnych luzem. O zestawie Real Techniques Eyes Starter Set możecie poczytać tutaj.

Pedzle dostępne pojedyńczo:


Blush Brush- pędzel do różu, ja jednak wolę używać go do pudru (lub bronzera)- jest tak fajnie przycięty (jakby wycieniowany) że nabiera minimalną ilość produktu, dzięki czemu ciężko przesadzić i zrobić z siebie pudernicę;) Oczywiście róż też można nim nakładać, choć dla mnie jest za duży i wolę do różu pędzle o innym kształcie- jak choćby Mac 168. Blush Brush jest jednym z najbardziej miękkich i przyjemnych pędzli jakie miałam okazję używać. 
Stippling Brush- najmłodszy w mojej gromadce i najmniej używany. Trochę sztywny, trochę kłujący, jakiś taki nie ciekawy. Podkład ciężko nim nałożyć, bo włosie jest zbyt rzadkie przez co zostają smugi a kosmetyk rozkłada się nierównomiernie. Próbowałam też nakładać nim róż w kremie, a także napigmentowany róż prasowany, jednak kiedy robię to tym stemplującym ruchem to bardzo mnie kłuje, a sam róż widoczny jest na policzkach w postaci mało atrakcyjnych czerwonych kropek. Póki co się nie lubimy.
Expert Face Brush- pędzel do podkładu. Podobny trochę do Buffing Brush ale bardziej zbity, sztywny i spłaszczony. Zdecydowanie wolę Buffing i wolałabym aby to on był dostępny luzem a nie Expert Face. Włosie jest krótkie i bardzo zbite, przez co pędzel nie rozciera tak dobrze podkładu. Raczej ciężko się z nim pracuje.

Core Collection:
 


Buffing Brush- pędzel przeznaczony do aplikacji podkładu, również mineralnego. Świetnie się sprawdza nakładając cieniutką warstwę produktu, jednocześnie zapewniając dobre krycie. Pięknie rozciera podkład, dzięki czemu cera wygląda naturalnie. Miękki i gęsty (ale nie tak przesadnie jak Expert Face) o sprężystym włosiu. Zdecydowanie gwiazda tej kolekcji. Mam nadzieję, że kiedyś będzie go można kupić oddzielnie. 
Contour Brush- nie jest to może pędzel niezbędny każdej kobiecie, ale znalazłam dla niego kilka zastosowań. Kiedy najdzie mnie ochota na wykonanie makijażu jak należy, używam go do utrwalenia pudrem korektora pod oczami, nałożenia rozświetlacza na kości policzkowe czy do konturowania- czyli do wszystkich tych sztuczek, na które na co dzień nie mam czasu:)
Pointed Foundation Brush- aby używać tego pędzla zgodnie z przeznaczeniem, czyli do podkładu musiałabym być Calineczką. Tymczasem używam go do nakładania korektora pod oczy, bazy na powieki czy kremowego cienia. Sprawdza się zawsze gdy nie mam ochoty brudzić sobie rąk:) To kolejny niekoniecznie niezbędny, ale dziwnie przydatny pędzel.
Detailer Brush- najczęściej wykorzystuję go do malowania ust, ale świetnie sprawdza się też do tuszowania niedoskonałości korektorem albo do nakładania cieni (zwłaszcza w kremie) na dolną powiekę. 

A więc, czy warto kupić pędzle RT? Myślę że tak. Wszystkie pędzle Real Techniques są świetnej jakości, nie gubią włosia, nie odkształcają się. Są syntetyczne a więc łatwo je zachować w czystości. Ze wszystkich jakie posiadam moimi ulubieńcami są Buffing, Blush, Brow, Accent i Detailer Brush. Niestety większość z nich dostępna jest jedynie w zestawach.

A Wy co myślicie o pędzlach Real Techniques?

Nivea Lip Butter- Blueberry Blush i Coconut

| On
21:57
Masełka do ust Nivea podzieliły blogosferę- jedni uwielbiają, inni nienawidzą. Osobiście bardzo je polubiłam, oprócz tych które widzicie na zdjęciu poniżej i które są nowością, mam jeszcze Raspberry Rose i Caramel Cream.


Masełka są zamknięte w małych, metalowych puszkach, co jest równie urocze jak niehigieniczne:) Dlatego używam ich w domu, najczęściej nakładam grubą warstwę na noc i rano budzę się z gładkimi i miękkimi ustami. Konsystencja jest bardzo... maślana, zwarta i gęsta ale łatwo mięknie pod wpływem ciepła. Masełka różnią się kolorem, kokosowe jest białe natomiast jagodowe ma delikatnie różowy kolor. Oba lekko rozjaśniają naturalną barwę ust. Są bardzo komfortowe w noszeniu, do czego przyczyniają się też ich apetyczne zapachy.
Oczywiście nie jest to produkt, który w magiczny niemal sposób zregeneruje suche i spierzchnięte usta- dla mnie jedynym takim cudotwórcą jest Carmex w słoiczku i nawet balsam Nuxe mu w tym nie dorównuje. Natomiast masełka Nivea są przyjemnym, codziennym mazidełkiem, które podtrzymuje dobrą kondycję ust. Bardzo fajnie sprawdzają się też w pielęgnacji skórek wokół paznokci:)

Można je kupić w Rossmannie albo Naturze za ok. 10zł. Ja swoje nabyłam w promocji za 6 z kawałkiem.

Skład masełka jagodowego

I skład kokosowego

A Wy po której stronie barykady stoicie? Lubicie Nivea Lip Butters?


The Body Shop- Moringa

| On
19:56
Gdyby jeszcze pół roku temu, ktoś mnie zapytał o opinię na temat maseł The Body Shop, nie miałabym do powiedzenia nic ciekawego. Swego czasu wiele osób zachwycało się tymi produktami, głównie ze względu na ich aromaty. Ja do tej pory miałam jedno pełnowymiarowe opakowanie (grejpfrut) i jedną miniaturkę (truskawka)- przy czym oba zapachy raczej nieudane, a dosadnie mówiąc sztuczne do granic możliwości. I niestety, dla mnie większość kosmetyków tej firmy właśnie tak pachnie- syntetycznie.


Przyszedł jednak czas, aby zrewidować swoje poglądy, kiedy w moje ręce wpadło to o zapachu Moringa. Ale po kolei...
Konsystencja masła jest gęsta, tłustawa i zbita. Wchłania się trochę zbyt wolno jak na mój gust i pozostawia na skórze delikatny film- ale to w końcu masło, więc nie mam pretensji.  Tym bardziej, że kosmetyk naprawdę dobrze nawilża. Jestem pewna, że szczególnie posiadaczki skóry suchej byłyby nim zachwycone.
Jednak to, co podoba mi się w nim najbardziej to zapach. Mocny, świeży, intensywny- charakterystyczny dla białych kwiatów. Zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu. Ja sama jestem zdziwiona tym, że tak pozytywnie go odbieram, bo już kiedyś wąchałam Moringę i miałam zgoła odmienne odczucia. Znając moje szczęście, trafiłam na stary tester:P 
Aby móc nieco dłużej cieszyć się tym pięknym aromatem, dokupiłam sobie mgiełkę do ciała. I tu niestety spotkało mnie rozczarowanie, bo mgiełka jest bardzo nietrwała. Następnym razem wybiorę wodę toaletową. I mydełko. I żel pod prysznic. No i może jeszcze krem do rąk. Serio, zwariowałam na punkcie tego zapachu...:) 


Tolpa Botanic, Biała Wierzba- nie idźcie tą drogą...

| On
14:36
Nie lubię pisać recenzji pod wpływem emocji, ale jestem tak bardzo zła i rozczarowana, że szybko mi nie przejdzie. Moje niezadowolenie jest tym większe, iż spowodowane produktami marki którą zdążyłam polubić- a mianowicie Tołpa Botanic.
No cóż, każda firma ma w swoim asortymencie kosmetyki lepsze i gorsze, ale większego badziewia niż te dwa poniżej daaawno nie używałam:/


Mowa o witalizującym szamponie normalizującym i głęboko oczyszczającym szamponie- masce, oba z białą wierzbą, oba przeznaczone do włosów i skóry przetłuszczających się, pozbawionych witalności- czyli wypisz wymaluj moich. Kosmetyki mają głęboko oczyszczać włosy i skórę głowy z nadmiaru sebum (a także środków stylizujących), przywracać równowagę skórze głowy, ograniczać przetłuszczanie, a także łagodzić podrażnienia i dodawać fryzurze objętości. 
Zawierają min. ekstrakt z kory białej wierzby, sok z liści mięty, ocet owocowy, glinka. Z resztą o tym co mają, a czego nie mają w składzie możecie poczytać tutaj

Pierwszy raz użyłam ich jakieś 2 tygodnie temu- było to przeżycie naprawdę traumatyczne. Przede wszystkim szampon nie pieni się. I nie mam tu na myśli, że on się słabo pieni tak jak to mają w zwyczaju naturalne szampony- nie, on się nie pieni wcale. Nie mogąc tego ogarnąć, dokładałam i dokładałam kolejne porcje produktu, a piany jak nie było tak nie było. Dla mnie to oznacza, że produkt nie myje (i że jest nie wydajny). Poza tym jego konsystencja choć żelowa, to jest dziwnie toporna i ciężko go w ogóle rozprowadzić na włosach.
No nic, pomyślałam że może szampon- maska sprawdzi się lepiej. Ehh naiwna...

Nałożyłam go na włosy zgodnie z instrukcją z opakowania (w skrócie nałóż-spień-zostaw na kilka min.-spłucz). O dziwo, pomimo że konsystencja kosmetyku przypomina maseczkę z glinki i jest tak samo tępa i gęsta, udało mi się za pomocą sporej ilości wody wytworzyć na głowie coś na kształt piany. 
Cały czas jednak miałam wrażenie, ze moje włosy są strasznie skołtunione, a przecież przed każdym myciem dokładnie je rozczesuję. Podczas spłukiwania aż trzeszczały mi w palcach- wtedy myślałam że to "zasługa" oczyszczających właściwości użytych produktów, tymczasem po osuszeniu włosów ręcznikiem okazało się, że mam na głowie jeden wielki kołtun:/

Ehh, wierzcie mi nie jestem typem panikary ani histeryczki, ale to co przeżyłam podczas prób rozczesania tego... dread'a doprowadziło mnie do łez. Płakałam nie tylko z bólu, ale i ze strachu że jak skończę (o ile skończę) to na głowie nie zostanie mi już NIC. Przez chwilę całkiem serio rozważałam złapanie za nożyczki i obcięcie tego czegoś. Powstrzymał mnie jedynie wrodzony upór i fakt, że musiałabym ciąć po całości i tuż przy skórze. 

Na domiar złego, moje włosy wcale nie były czyste o.O Pozostał na nich jakiś dziwny, tępy i lepki osad, a same kosmyki były ciężkie i matowe

Pomyślicie teraz, że jestem nienormalna ale dziś ponownie sięgnęłam po szampon Tołpy... Musiałam, po prostu musiałam dać mu drugą szansę, inaczej nie miałabym prawa napisać tej recenzji. I znów było to samo, ciężko było go rozprowadzić na włosach, a kiedy poczułam że zaczynają mi się kołtunić pod palcami wiedziałam już co się święci. Mycie dokończyłam zwykłym szamponem Dove, bo nie miałam ochoty na "powtórkę z rozrywki". Trzeciej próby nie będzie. 

Na koniec,  żeby być sprawiedliwą dodam, że kosmetyki przepięknie pachną, ale czy to ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Szampon- maska 29,99/125ml
Szampon 26,99/200ml

Moja Kolekcja Perfum

| On
21:17
Serię MKS chciałabym zakończyć prezentacją perfum. Choć do tej pory nie poświęciłam im ani jednej notki na blogu, zapachy są dla mnie bardzo ważne. Przywołują wspomnienia, kojarzą się z konkretnymi ludźmi lub miejscami, poprawiają nastrój, wywołują emocje. To, że nadają mi jakiś zapach jest jakby odrębną sprawą:)
W swojej kolekcji mam perfumy nadające się na co dzień, niezależnie od pory dnia czy roku, a także zapachy zarezerwowane na specjalne okazje. I choć nie zawsze trzymam się tych wytyczonych przeze mnie ram, postrzegam perfumy w kategoriach codziennych, wieczorowych, sezonowych (zazwyczaj wiosna/lato jesień/zima)...


Miniatury Clean, Clean Ultimate, Clean Shower Fresh, Clean Fresh Laundry, Clean Warm Cotton- zapachy Clean różnią się między sobą, ale wszystkie kojarzą się z czystością i świeżością. W zależności od dnia i nastroju mogą być bardzo przyjemne lub migrenogenne;)

Ekstrakty perfum Chanel Allure i Coco Mademoiselle- doceniam ich klasę i ponadczasowość, aczkolwiek są dla mnie jak obrazy w muzeum- do podziwiania, ale niekoniecznie do powieszenia we własnym salonie;)


The Body Shop White Musk Midnight Iris- głęboki, mroczny, seksowny ale w niewymuszony sposób. Idealny na jesienne wieczory. Nie ma się jednak co rozpisywać, bo to edycja limitowana- jak dobrze że mam zapas;) Zapach w typie Armani Code, Jil Sander Jil, Dior Addict...


Guerlain AA Flora Nymphea- gdybym do końca życia miała pachnieć tylko jednymi perfumami, były by to właśnie te!  Uwieeelbiam... Ten zapach sprawia że jestem szczęśliwa. Jest jaśmin, bez, konwalia, miód... Jest rześko i duszno jednocześnie, tak jak na ukwieconej łące kiedy po wiosennym deszczu znów wychodzi słońce, a pszczoły podejmują przerwaną pracę... a bardziej przyziemnie to jak w dobrej kwiaciarni:D
Perfumy są mocne i trwałe:)
Guerlain AA Pamplelune- początkowo cytrusowy, kwaśny, cierpki z odrobiną waniliowej słodyczy. Lubię takie zapachy, szczególnie w upalne dni kiedy inne perfumy mogłyby przyprawić o ból głowy. Kocich siuśków, wyczuwanych przez niektórych ja nie czuję (a mam kota, wiec wiem czym to pachnie:P) już prędzej pot:/


Dior Hypnotic Poison eau Sensuelle- jesienno zimowy, ciepły, kobiecy, jadalny wręcz- kolejny po AA Flora Nymphea ulubieniec.  Ze wszystkich "trucizn" najłagodniejsza i najprzyjemniejsza jak dla mnie. 
Versace Crystal Noir- bardzo nieudany zakup:/ Myślałam że będą idealne na większe wyjścia, ale te perfumy są tak duszne, tak przygnębiające że jedyną okazją na jaką mogłabym je "nałożyć" jest pogrzeb:/ Śmiało mogłyby konkurować z kadzidłem w kaplicy:P
Dolce&Gabbana The One- dosyć późno je odkryłam, ale lepiej późno niż wcale. Są klasyczne, eleganckie i kobiece a przy tym idealne na co dzień. Pasują tak samo do małej czarnej jak do jeansów:) 
Davidoff Cool Water Woman- perfumy prezent, niezbyt udany. Nie przepadam za takimi zapachami- ogórkowo wodnymi. Są dla mnie jakieś takie nijakie, aseksualne (wyjątkiem są perfumy Issey Miyake).
Perfumy FM Group- odpowiednik Love don't be shy Killian. Zazwyczaj nie kupuję odpowiedników, ale tym nie mogłam się oprzeć, a oryginał ma dla mnie zaporową cenę. 100% jaśminu, mocne, duszne, charakterne...


D&G Anthology L'Imperatrice- mam wrażenie, że odbieram te perfumy zupełnie inaczej niż wszyscy. Owszem na początku jest owocowo, słodko, musująco ale potem kiedy zapach trochę ogrzeje się na skórze, robi się bardziej wytrawny jak najlepszy szampan. W przeciwieństwie do wielu owocowych zapachów nie pachnie tanio. Trzeba dać mu trochę czasu aby mógł się pięknie rozwinąć.
Cacharel Amor Amor- moje pierwsze, świadomie kupione perfumy:) Mam do nich ogromny sentyment, ponieważ to na nie "złapałam" mojego mężczyznę;) Kiedyś używałam ich namiętnie, teraz raczej od wielkiego dzwonu, głównie kiedy chcę Jemu sprawić przyjemność. Początkowo uderzają mocno do głowy, zupełnie jak zakochanie, później bywa różnie- raz słodko raz gorzko- jak to w miłości, a wszystko i tak kończy się w łóżku;)
Dior Addict- kobieta która mogłaby nim pachnieć jest intrygująca, tajemnicza, seksowna- może nawet trochę prowokująca, zadziorna. To nie jest miła dziewczyna z sąsiedztwa, którą wszyscy lubią ale nikt nie pamięta jej imienia. To zadziorna laska, z którą nikt nie zadziera, którą się kocha albo nienawidzi, ale z pewnością nie przechodzi się obok niej obojętnie:)
Zapach jest mocny i trwały, przez wielu określany killerem.
Laura Laura Biagiotti- subtelny, delikatny, kobiecy, ciepły- idealny na co dzień. Zaskakująco trwały, zwłaszcza na ubraniach. Ulubiony zapach mojej mamy i z nią właśnie mi się kojarzy:)
Lacoste Pour Femme- właściwie mogłabym napisać to samo co powyżej, choć zapachy te różnią się bardzo. Oba (mam na myśli Laurę) są bardzo kobiece, ale podczas gdy Laura jest jakby zwiewna, eteryczna tak Lacoste jest bardziej elegancka i taka jakby... konkretna, poukładana, biznesowa. 
Cartier Le Baiser du Dragon- mmmm mocny, drapieżny, dziki i nieokrzesany. Tajemniczy i orientalny. Tyle już o tym zapachu napisano, że chyba nie wymyślę nic mądrego- polecam poczytać, bo to piękne recenzje. Pusty flakonik trzymam, bo wciąż PACHNIE. Nowego niestety nie kupię, bo już nie produkują co jest wg mnie ogromną stratą.
Guerlain Shalimar- perfumy pełne sprzeczności, szorstkie, suche może nawet początkowo odpychające, za chwilę przyciągają waniliowo miodową słodyczą. Klasyczny, luksusowy- dla mnie tylko na wielkie wyjścia i specjalne okazje. Nie wyobrażam sobie nosić Shalimar do dresów, to byłaby niemal profanacja;)

A Wy jakie zapachy lubicie? 

Klipsy do usuwania hybryd/lakierów z brokatem.

| On
19:39
Jak ciężko zmyć lakier z brokatem to chyba każda z Was wie:) 
Niby są pod nie specjalne bazy, ale mają one swoje wady- skracają czas noszenia takiego lakieru i nie zawsze działają- powinny ładnie schodzić z całego paznokcia, a kończy się zazwyczaj na skubaniu:/ 
Jest też metoda na folię aluminiową- bardzo dobra i sprawdzona, ale trochę z nią zachodu. 
A że ja jestem leniem to postanowiłam pójść totalnie na łatwiznę i zakupiłam takie oto klipsy:



Swoje kupiłam na Allegro za 14,99 ale można je dostać również na popularnym BPS (mnie nie chciało się czekać miesiąc na przesyłkę:P) 
Klipsów w opakowaniu jest 10, przy czym dwa są ogromne- chyba na palce u stóp bo przecież nie na kciuki:) Poza tym, spokojnie wystarczy pięć klipsów ponieważ palców u obu rąk nie da się zrobić na raz. Jak założycie je na jedną rękę, to nie ma siły żebyście tymi zaklipsowanymi palcami ubrały drugą łapkę. No ale mniejsza o to. Działanie:

Mani z brokatem


Czary mary, hokus pokus... i tak przez jakieś 10 minut...


Po brokacie nie ma śladu:)


Ogółem klipsy spełniają swoje zadanie, czyli utrzymują nasączony zmywaczem* wacik na paznokciu, aczkolwiek są trochę luźne i nie siedzą pewnie na palcu- co mnie trochę denerwuje. Zostawię je sobie do ściągania hybryd, a do brokatów chciałabym wypróbować takie jak na zdjęciu poniżej, podobno spisują się lepiej.


*najlepiej użyć zmywacza bezacetonowego. O ile nie pożałujemy go na wacik, to zadziała równie dobrze a nie zaszkodzi tak paznokciom. Poza tym aceton może rozpuścić klipsy- widziałam to na jednym blogu. 

A jak Wy radzicie sobie z usuwaniem 'trudnych' lakierów?

Tołpa Botanic- Czarna Róża

| On
20:21
Kiedy zapoznaję się z jakąś marką, lubię od razu przetestować kilka produktów tak, żeby mieć przekrój przez ofertę. Staram się nie oceniać tylko na podstawie jednego kosmetyku- wiadomo, że te lepsze i gorsze zdarzają się każdej firmie. 
Niedawno recenzowane przeze mnie kremy Tołpa Botanic z białym hibiskusem klik tak mnie zachwyciły, że postanowiłam sprawdzić czy inne kosmetyki z tej serii są równie dobre. 
Postawiłam na wariant z czarną różą i wybrałam: krem do rąk, żel pod prysznic, balsam do ust i masło do ciała.


Seria urzeka zapachem, choć wbrew nazwie nie wyczuwam w nim róży. Nie mam jednak absolutnie żadnych powodów do narzekań, bo zapach jest po prostu upajający- naturalny, kwiatowy, świeży ale z nutą pudrowej słodyczy. To jedne z tych kosmetyków, które lubię odkręcić i powąchać ot tak, dla przyjemności. 

Jeśli chodzi o działanie, to kosmetyki Botanic nie zawiodły mnie ani trochę (z małym wyjątkiem, ale o tym dalej). 

Żel pod prysznic jest bardzo delikatną emulsją, która jak większość naturalnych kosmetyków niezbyt się pieni, ale nie daje uczucia "niedomycia". Pozostawia za to skórę w bardzo komfortowym stanie- miękką, gładką i pięknie pachnącą.
Używałam go też do mycia twarzy, a nawet do higieny intymnej- sprawdził się rewelacyjnie. Chyba spróbuję umyć nim włosy:)
Za 200ml zapłaciłam ok.14zł


Skład żelu pod prysznic

Choć po użyciu żelu nie odczuwam pilnej potrzeby nakremowania się, to i tak sięgam po balsam do ciała- bo to po prostu czysta przyjemność.


Delikatna, lekka konsystencja może być myląca- balsam bardzo dobrze nawilża i nie jest to uczucie chwilowe. Nie jest tłusty, pozwala szybko się ubrać, a jednocześnie daje wrażenie lekko wilgotnej, jakby napojonej skóry. 


Jedyne co mi w nim nie pasuje to pojemność. O ile w przypadku kremów do twarzy mniejsze opakowania miały sens- jeśli wziąć pod uwagę krótką datę ważności i fakt, że cera to jednak mała powierzchnia do smarowania, tak w przypadku produktu do ciała nie miałabym problemu ze zużyciem nawet dwukrotnie większej ilości w przepisowym czasie. 140ml za prawie 40zł to po prostu skandalicznie mało w tym przypadku. Dlatego zapewne nie skuszę się na peeling, chyba że w mega promocji:)

Skład masła do ciała

Na szczęście krem do rąk ma lepszy stosunek ceny do pojemności (14zł za 75ml) i podobnie jak wyżej wymienieni nie rozczarowuje działaniem (i zapachem^^). Nawilża suchą skórę dłoni, koi podrażnienia i zaczerwienienia. Nie pozostawia śliskiej warstwy, której tak bardzo nie lubię. Po jego użyciu dłonie od razu stają się gładsze w dotyku, skóra jest odżywiona i wygląda ładniej. Do tego dookoła unosi się przepiękny aromat:)


Nie jest to może krem typu heavy duty, nie wiem jak zachowa się w siarczystą zimę (może miło mnie zaskoczy?) ale do codziennej pielęgnacji dłoni jest świetny. 

Skład kremu do rąk

Ostatnim kosmetykiem z mojej wesołej gromadki, a zarazem jedynym który nie przypadł mi do gustu jest balsam do ust
Powiem szczerze, że kiedy czytałam o nim ostatnio u Hexxany klik miałam wrażenie, że mamy z Asią dwa kompletnie różne kosmetyki. 


Mój egzemplarz nie pachnie ani trochę jak reszta serii, czuć go natomiast jakimś pseudo słodkim, sztucznym landrynkiem:P Wyglądem i konsystencją wypisz wymaluj- wazelina. Po nałożeniu go na usta mam wrażenie jakbym przed chwilą zjadła rosół, bo balsam pokrywa je taką cienką, tłustawą warstwą- znacie to uczucie? Przy czym ta powłoczka pozostaje tylko na powierzchni skóry, mażąc się i ślizgając... 
Najgorszy jest jednak smak, okropnie chemiczny, perfumowany i mocny, który czuć w ustach bardzo długo:/ 
Za 8g tego paskudztwa zapłaciłam 17zł. 

Skład balsamu do ust

Przyznajcie się skusiłam Was choć trochę tą czarną różą? (o balsamie do ust zapomnijcie:P)

Tołpa Botanic- Biały Hibiskus

| On
16:57
Zgodnie z zapowiedzią, chciałabym Wam przybliżyć kosmetyki polskiej marki Tołpa z serii Botanic. W kosmetykach tych nie znajdziemy alergenów, sztucznych barwników, PEG-ów, silikonów, oleju parafinowego czy parabenów. Dostaniemy za to produkt zamknięty w przyjaznym dla środowiska opakowaniu, które może być poddane recyklingowi, o naturalnym kolorze i zawierający botaniczne składniki aktywne. 


Dziś dwa produkty, od których zaczęło się moje uwielbienie dla tych kosmetyków: rewitalizujący krem uelastyczniający na dzień i rewitalizujący krem uelastyczniający pod oczy- oba z serii z białym hibiskusem. 
Kosmetyki te są przeznaczone dla kobiet w wieku 30+ ale jeśli mam być szczera, to nigdy nie zawracam sobie głowy takimi rzeczami, a Wy? Zamknięte w aluminiowych tubkach, co jest opcją bardzo higieniczną ponieważ takie tubki nie zasysają powietrza dzięki czemu zawartość dłużej zachowuje świeżość. Opakowania są również bardzo przyjemne wizualnie:) 
Gdzieś czytałam opinię, że krem na dzień lubi się z tubki wylewać- ale ja czegoś takiego nie zauważyłam, choć mój egzemplarz cały czas stoi na zakrętce. Natomiast krem pod oczy lubił uciekać z opakowania po otwarciu, ale problem zniknął po paru użyciach, kiedy w środku zrobiło się więcej miejsca:)
Oba kosmetyki są zdatne do użytku tylko trzy miesiące od otwarcia, stąd też pewnie mniejsza niż w innych kremach pojemność- krem pod oczy ma 10ml, natomiast krem na dzień 40ml. Nie przeszkadza mi to, mam przynajmniej pewność że zużyję kosmetyk do końca w wyznaczonym czasie. Choć ze standardową pojemnością też nie miałabym problemu.
Jeśli chodzi o zapach, to w kremie pod oczy nie wyczuwam niczego konkretnego co uważam za plus- zapach mógłby podrażniać wrażliwe okolice oczu. Natomiast krem na dzień pachnie przepięknie, kwiatowo, świeżo i naturalnie. Takie aromaty w kremach lubię i niesamowicie uprzyjemniają mi one stosowanie. 
Konsystencja obu produktów jest lekka, wchłania się szybko i całkowicie w przypadku kremu na dzień, natomiast krem pod oczy pozostawia delikatną ochronną warstwę. 
No i najważniejsze, czyli działanie- mam 28 lat, nie mam co prawda zmarszczek ale czasami moja skóra wygląda na zmęczoną, czasem mam też wrażenie że powoli zaczyna jej brakować jędrności.
Według producenta:

Krem na dzień ma aksamitną konsystencję i kwiatowy zapach. Wygładza drobne zmarszczki, przywraca napięcie i zwiększa elastyczność skóry. Nawilża, odżywia i wygładza. Zmniejsza widoczność zmarszczek mimicznych i spowalnia proces starzenia. Przywraca świeżość, witalność i młody wygląd.

Krem pod oczy ma aksamitną konsystencję. Wygładza drobne zmarszczki, zwiększa elastyczność i regeneruje skórę wokół oczu. Zwiększa napięcie, nawilża i wzmacnia skórę. Rozjaśnia cienie pod oczami, przywraca witalność spojrzeniu.
 
I wiecie co? Zgadzam się absolutnie z każdym zdaniem! Pierwszy raz spotkałam się z kosmetykami, które robią dokładnie to co obiecują. Tak mnie to zaintrygowało, że postanowiłam przetestować inne produkty z tej serii o czym już niedługo Wam napiszę. Jedno jest pewne, kosmetyki Tołpa Botanic są warte uwagi. 
Miałyście z nimi do czynienia? Co o nich myślicie? 

TUTAJ możecie znaleźć pełną ofertę marki. 

Sea my nails- podejscie pierwsze...

| On
20:48
...ale z pewnością nie ostatnie, bo motywy morskie na paznokciach chodzą za mną od dawna. A właściwie odkąd zobaczyłam TO  zdobienie. Wspaniałe, co? Niestety moja wąska płytka nie pozwala mi tak zaszaleć ze stemplami, niemniej jednak starałam się stworzyć coś zainspirowanego tym pięknym zdobieniem.
Oto jak wyszło:


Do zdobienia użyłam białego lakieru Sally Hansen, Xtreme Wear- White On, który nałożyłam jako bazę. Następnie pomalowałam paznokcie dwoma warstwami lakieru Claire's Splatter Blue, na którym odbiłam wzorki z płytki MoYou- Sailor 08. Stempelki zrobiłam białym lakierem, a potem całość pokryłam niebieskim żelkiem OPI Sheer Tints- I can teal you like me
Chciałam uzyskać efekt głębi i chyba trochę mi się udało, choć zdjęcia spłaszczają obraz. 
Muszę też pamiętać, żeby następnym razem robić takie zdobienie w stronę "od siebie", o wiele łatwiej je wtedy sfotografować. 





Co myślicie?
W ogóle, mam nadzieję że nie przeszkadza Wam za bardzo, że ostatnio wrzucam praktycznie same zdobienia:P Po prostu korzystam póki mam wenę:D Jutro ulubieńcy- obiecuję:)