9thPrincess

nail art & beauty

Image Slider

Odkrycia, ulubieńcy i rozczarowania minionego roku

| On
18:41

Hej! Czy ktoś mnie jeszcze pamięta? Ktoś tu zagląda? Mam nadzieję, że tak...
Wracam do pisania bloga po prawie rocznej przerwie i czuję, że chyba trochę wyszłam z wprawy;) Nie był to jednak czas kosmetycznie stracony, dlatego dziś mogę się z Wami podzielić tym co odkryłam i polubiłam w 2016, a także tym co mnie rozczarowało. Zacznijmy od pozytywów:)


Jedynym podkładem, którego używałam w zeszłym roku był Mac Matchmaster- pisałam o nim tutaj. To, co widzicie na zdjęciu to końcówka drugiego opakowania i nie wykluczam że pojawi się następne. 
Baza pod cienie Smashbox 24 hour Photo Finish Shadow Primer to najlepszy tego typu kosmetyk, jaki miałam (min. Artdeco, The Balm, Sensai, Sephora, Lumene...) Fantastycznie przedłuża trwałość makijażu i bardzo podbija pigment cieni, które stają się nie do zdarcia.
Jak już jesteśmy przy bazach, to muszę wspomnieć o produkcie firmy Karaja, a mianowicie Perfect Touch Lip Primer. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę używać bazy pod pomadkę to popukałabym się w czoło. Taki kosmetyk wydawał mi się zbędny. Tymczasem ta baza niesamowicie przedłuża trwałość kosmetyków do ust, wygładza je i lekko neutralizuje czerwień warg. Każda pomadka wygląda na niej po prostu lepiej. Z pewnością poświęcę tej perełce osobny wpis:)
A propos ust, żadna baza nie pomoże jeśli te będą w złym stanie. Moje niestety są na to bardzo podatne dlatego nie rozstaję się z balsamami ochronnymi. Jedne są lepsze, inne gorsze ale żaden jak dotąd nie przebił Blistex Intensive Lip Relief. Stosowany na początku dość często (kilka razy dziennie) doprowadził moje usta do takiego stanu, że teraz wystarcza mi tylko aplikacja na noc. Jeśli chcecie używać go w dzień, to pamiętajcie żeby nie nakładać zbyt grubej warstwy bo może bielić usta. Poza tym, należy mieć na uwadze, że kosmetyk ma delikatny miętowy zapach i smak, co nie każdemu będzie odpowiadać. Ja to lubię, tym bardziej że nie jest to tak ciężki kaliber jak kamforowy Carmex. 
Bardzo polubiłam też Indigo Protein Base, dzięki której mogę wzmocnić i zapuścić moje cienkie i słabe paznokcie. Dotychczas używałam do tego Harda od Semilac, ale produkt Indigo jest od niego o niebo lepszy. Myślę, że napiszę o nich jakiś post porównawczy^^ 
Pielęgnacja dłoni upłynęła mi pod szyldem marki  Herome. Na szczególne wyróżnienie zasługuje ich krem do rąk, który jest idealny dla osób ceniących sobie szybkie wchłanianie tego typu kosmetyków (to ja:D) Muszę tylko zaznaczyć, że krem bardzo intensywnie pachnie, ale na szczęście mi się ten zapach podoba. 
Do ciała używałam produktów Dove, a w szczególności olejku pistacjowego który został jednak wycofany, więc nie ma sensu go tu pokazywać:( Na szczęście znalazłam coś co  również mi się spodobało, mianowicie balsam Derma Spa Cashmere Comfort. Ja uwielbiam takie konkretne, otulające mazidła które na dodatek bosko pachną. Jeśli macie podobne upodobania, to wypróbujcie go koniecznie. 
Z pielęgnacji specjalistycznej polubiłam Lierac Prescription, Dwufazowy Koncentrat Przeciwko Niedoskonałościom. Produkt przeznaczony jest do miejscowego stosowania na wypryski. Jego działanie polega na przyspieszeniu gojenia zmian poprzez ich zasuszenie, zniwelowaniu zaczerwienienia oraz niedopuszczeniu do powstania blizny czy przebarwienia. W moim przypadku sprawdza się świetnie, ale musicie wiedzieć że ja nie stosuję go zgodnie z zaleceniami producenta :D bo nie mam kłopotu z krostkami. Natomiast stosowany na nos pomógł mi w pozbyciu się 90% zaskórników, które na nim mieszkały od lat:P 
Na koniec zostawiłam sobie produkty do brwi. Na wyróżnienie zasługują dwa kosmetyki.Pierwszy to wysuwana, wodoodporna kredka do brwi Sephora którą polubiłam za mega cieniutki wkład i świetną konsystencję/pigmentację. Idealna do podkreślania brwi na szybko.  Natomiast drugi to pomada firmy Eylure, która urzekła mnie łatwością obsługi i mega trwałością. Z pewnością jej także poświęcę osobny wpis.



No to teraz pora na rozczarowania:D
Kontynuując temat brwi, pomada Inglota okazała się strasznym niewypałem. Największą wadą tego kosmetyku jest jego żelowa formuła. Przez to produkt maże się i ślizga po skórze jakbym nakładała go na jakiś tłusty krem. Ponad to ściera się w miejscach. w których usiłuję go dołożyć. Koszmarek.
Rozczarowały mnie również flamastry do brwi, tym bardziej że długo czekałam aż taki produkt pojawi się na naszym rynku. Ogólnie sam zamysł jest genialny, pisaki są bajecznie łatwe w obsłudze a efekt jaki dają jest bardzo naturalny (poza flamastrem Misslyn, który utlenia się na zielono:D) ale... są koszmarnie niewydajne:( Mam wrażenie, że wystarczają mi dosłownie na kilka-kilkanaście użyć. Trochę pomaga trzymanie ich zatyczką do dołu, tak żeby tusz mógł cały czas ściekać w stronę pędzelka. Jeśli mimo wszystko macie ochotę wypróbować ten sposób podkreślania brwi, to polecam ten flamaster od Catrice. 
Bubelkiem okazały się pomadki Rimmel The Only 1 Matte. Są suche jak wiór, okropnie pachną, a smakują jeszcze gorzej. Masakra ust i nosa murowana.
Zmasakrować może też Mac Pro Longwear Concealer- produkt dla niektórych kultowy. Mnie niestety nie przekonał, na skórze wygląda brzydko, sucho i dodaje ładnych kilka lat. Do szału doprowadza mnie jego szklane opakowanie, bo trzeba się z tym obchodzić jak z jajkiem i koszmarny dozownik, który na raz wypluwa taką ilość korektora, że mogłabym zakamuflować pułk wojska. I nie da się wycisnąć mniej. (ale krycie ma niezłe:P)
No i wisienka na torcie, długo przeze mnie wyczekiwany a przez masy uwielbiany róż Nars Orgasm:((( Sam odcień jest przepiękny, rozumiem wreszcie wszystkie zachwyty, ale co z tego kiedy ten kosmetyk po prostu nie trzyma się mojej twarzy? Kiedy nakładam go na podkład mineralny, albo co gorsza gołą twarz to róż jakby w ogóle nie czepia się skóry. Jedyną szansą żeby coś tam było widać to nałożenie go na tradycyjny fluid, ale broń boże nie przypudrowany. Wtedy może łaskawie ze mną zostanie:P Dam mu jeszcze szansę, ale jestem rozczarowana że przy takim kultowym kosmetyku muszę jeszcze kombinować. Sam się powinien nakładać:P 

No i już. Pierwszy post po dłuuuugiej przerwie za mną. Prawie nie bolało:D 
Podzielicie się swoimi odkryciami i rozczarowaniami? Będzie mi bardzo miło:)



Ulubieńcy- luty 2016

| On
20:55

Hej!
Ostatni, bonusowy dzień lutego ma się ku końcowi, czas więc na małe podsumowanie. Pokażę Wam dzisiaj kilka kosmetyków, które szczególnie upodobałam sobie w tym miesiącu. Zapraszam:)


Podkład MAC Matchmaster w odcieniu 1.0 to mój pierwszy podkład tej firmy i muszę przyznać, że jestem z niego bardzo zadowolona. Przede wszystkim udało mi się idealnie trafić z kolorem, to chyba najlepiej dobrany kolorystycznie podkład w moim życiu;) Jest bardzo jasny i przyjemnie neutralny. Poza tym pomimo średniego (a w przypadku dwóch warstw- mocnego) krycia, podkład wygląda bardzo naturalnie. Wykończenie jest satynowe i nie wymaga przypudrowania, ale jeśli potraktuję go odrobiną pudru to wygląda świeżo i ładnie przez cały dzień:) 

Nie mogę uwierzyć, że nie wspomniałam Wam o tym różu L'Oreal w ulubieńcach roku. Mój odcień to 125 Rose Nude/Nude Pink i jest to neutralny odcień przybrudzonego różu, który pasuje do każdego makijażu. Kosmetyk jest matowy, ma dość zbitą konsystencję i średnią pigmentację, co sprawia że na prawdę trudno zrobić sobie nim krzywdę. Jeśli lubicie róże to jest to absolutny must have:)

Zalety zalotki;) doceniłam już lata temu, ale zawsze stawiałam na te dostępne od ręki w drogeriach (np. Top Choice) ale kiedy ostatnia dosłownie rozpadła mi się w rękach postanowiłam kupić coś lepszego. Padło na firmę Karaja, trochę przypadkiem, bo akurat miałam możliwość przetestować sobie u koleżanki. Ta zalotka jest fantastyczna- wystarczy delikatnie ścisnąć i rzęsy są wywinięte na maksa:D Ponad to sprawia wrażenie solidnej i porządnie wykonanej. Jest też optymalnie dopasowana do mojego kształtu powieki- mianowicie nie jest za mocno wygięta i największy nacisk idzie na środkową partię rzęs a nie na kąciki, dzięki czemu oko wydaje się większe i bardziej otwarte. Zalotka Karaja była bardzo niedroga- kosztowała mnie całe 20zł.

Powoli odkrywam sobie kosmetyki kolorowe firmy Zoeva i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie zaskakują:) Najpierw paleta Cocoa Blend znalazła się w ulubieńcach roku, a teraz zachwycam się tą kredką w odcieniu Cool Factor. Jest to piękny kolor, który określiłabym jako metaliczny niebieski, ale nie do końca... Koniecznie zerknijcie sobie na swatche:) Kredka jest bardzo miękka, sunie po powiece jak masło, ale przy tym niesamowicie trwała. Mam ochotę na inne kolory:)

Jako ostatnie chcę wspomnieć cień Urban Decay Solstice i pigment Inglota nr 85- piszę o nich razem, bo nie tyle o produkt mi chodzi, co o odcień. Ostatnio mam straszną "fazę" na duochromy. W szczególności w tym konkretnym kolorze jak pokazane na zdjęciu, a także pigment Blue Brown czy cień Club od Mac'a czy ostatni cień w palecie Comfort Zone od Wet n Wild- wszelkiego rodzaju rudo-brązy opalizujące na zielono/niebiesko. No, wiecie o co chodzi:)

A co u Was w ulubieńcach? 

Ulubione hybrydy Semilac

| On
13:42

Szał na hybrydy Semilac w blogosferze trwa. Ja również swego czasu im uległam, co widać po poniższym wzorniku;) I chociaż dziś mój zapał mocno ostygł (głównie za sprawą nieustannie rosnącej ceny Semilaców, a także w porównaniu jakości do innych marek) pokażę Wam kilka moich ulubionych kolorów. 

Od lewej możecie zobaczyć 109 Miss of the World- piękny różowy brokat, 034 Mardi Gras- ten kolor chyba nazywa się fuksja, ni to róż ni fiolet, chyba jeden z najładniejszych odcieni jakie znajdziecie w ofercie Semilac. Wśród ulubieńców nie mogło zabraknąć koloru miętowego- 022 Mint:) Następnie jest niezwykle oryginalny i unikatowy 081 Night in Vegas (przypomina mi trochę Orly Androgynie, ale jest od niego o wiele ładniejszy i ma więcej "bajerów":) Jest też klasyczna kremowa czerwień 027 Intense Red. Kolejne dwa brokaty: złoty 037 Gold Disco i w odcieniu różowego złota 094 Pink Gold. 066 Glossy Cranberry to przepiękna malinowa czerwień i moim zdaniem najlepszy lakier Semilac pod względem formuły, krycia i wykończenia. I ostatni 032 Biscuit, który jest najczęściej przez mnie używany bo jest świetnym tłem pod zdobienia- to mocno rozbielony róż:) Możecie go zobaczyć tutaj i tutaj


A jakie są Wasze typy? Lubicie hybrydy Semilac czy może wolicie inne marki? 

Walentynkowy Manicure- Essie Muchi Muchi i Penny Talk

| On
17:50
Wszędzie zaroiło się od serduszek i amorków- znaczy się niedługo Walentynki;) Z tej okazji przygotowałam bardzo proste zdobienie z użyciem mocno maltretowanego przeze mnie ostatnio lakieru Essie Muchi Muchi


Jako baza posłużył mi wspomniany wyżej Muchi Muchi, a konkretnie trzy cieniutkie warstwy (dwie grubsze też dadzą radę). Serduszka namalowałam lakierem Penny Talk również od Essie- to przepiękny odcień różowego złota i myślę że fajnie się komponuje z delikatnym, pudrowym różem. Całość pokryłam topem Seche Vite. Et voila! :D Prosto, z umiarem- tak jak ostatnio lubię najbardziej:) 


Jeśli chodzi o Muchi Muchi, jestem totalnie zachwycona tym lakierem. Ogólnie jak ktoś lubi takie delikatne, mleczne odcienie to wie że bywają one baaardzo problematyczne. Ten lakier jest inny. Ma fantastyczną formułę- rozprowadza się bajecznie, bez smug. Konsystencja idealna, nie rozlewa się, nie ciągnie. Jestem mile zaskoczona, tym bardziej że Essie nigdy nie należały do moich ulubieńców;P


Mam nadzieję że Wam się podoba:)

Ulubieńcy- styczeń 2016

| On
13:30

Z lekkim opóźnieniem co prawda ale chcę Wam dziś pokazać moje ulubione kosmetyki stycznia:) 


O kremie i emulsji Avene Cicalfate pisałam już w tym poście. W skrócie są to kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji cery po zabiegach dermatologicznych. Świetnie koją podrażnienia, uspokajają skórę, niwelują zaczerwienienie i pieczenie. 

Bazę pod cienie Smashbox 24 Hour Photo Finish kupiłam jeszcze w 2015 i od tamtej pory używam jej za każdym razem kiedy maluję oczy. Fantastycznie przedłuża trwałość makijażu i bardzo podbija pigment cieni.Baza ma jednak małą "wadę"- mianowicie bardzo szybko łapie cień przez co można sobie niechcący narobić plam. Mój sposób na bezproblemowe rozcieranie na Smashboxie to odrobina cielistego cienia (lub pudru) bezpośrednio na bazę, a dopiero potem właściwe kolory. 

Kiedy ma się tyle lakierów co ja, rzadko maluje się paznokcie tym samym kolorem kilka razy pod rząd. Czasem jednak tak się dzieje i u mnie styczeń należał do lakieru Muchi Muchi od Essie. To piękny kolor rozbielonego budyniu malinowego;) A i formuła zasługuje na uznanie, tym bardziej że jest to jasny, mleczny kolor. Trzy cieniutkie warstwy wystarczą do uzyskania równomiernego krycia. 

Drugim lakierem, którym czasami urozmaicałam mój różowy manicure jest Snow Globe od Ciate. To małe kawałeczki opalizującej folii zanurzone w bezbarwnej bazie. Pięknie wygląda na każdym kolorze (szczególnie na czerni i bieli) a także solo. Zmywa się jak lakier brokatowy, czyli niefajnie ale mimo to mam ochotę na pełnowymiarową buteleczkę:)

Klasyczna pomadka Nivea to mój ulubieniec ze wszystkich ich balsamów do ust. Jest bardzo miękka, masełkowata i bardzo dobrze nawilża. Przyjemnie i nie nachalnie pachnie. 

No i chyba moje największe odkrycie stycznia- Meteoryty Guerlain. Mam je w swoich zbiorach od bardzo dawna i przyznam szczerze, nie doceniałam ich magii. Nie wiem jak to się stało, że pewnego dnia po nie sięgnęłam i... przepadłam. Przede wszystkim przepięknie rozświetlają cerę, ujednolicają koloryt, odwracają uwagę od ewentualnych mankamentów. Skóra wygląda młodo, promiennie i tak jakby szlachetniej:) Wersja, którą widzicie na zdjęciu to Pastel White 04. Mam jeszcze klasyczne kulki Mythic 01 i jestem bardzo ciekawa czy one też dadzą podobny efekt. Aaaa no i ten piękny zapach... Marzą mi się takie perfumy... 

Podzielicie się swoimi ulubieńcami?


Dior Glowing Gardens Illuminating Powder-001 Glowing Pink 002 Glowing Nude

| On
20:15

Na początku 2016 obiecałam sobie, że ten rok będzie rokiem przemyślanych zakupów kosmetycznych. Zaczęłam nawet tworzyć wish listę;) W swej przebiegłości jednego tylko nie wzięłam pod uwagę- limitowanych kolekcji... Domyślacie się już pewnie, że zakup Dior, Diorskin Nude Air Glowing Gardens Illuminating Powder (uff) nie był zaplanowany. Tym bardziej zakup OBU odcieni:P Ale wierzcie mi, te pudry są tak piękne, że zdecydowanie się na jeden najpewniej złamałoby mi serce. A tak, ucierpiał tylko portfel;)


Ostatnio coraz więcej osób zdaje się zauważać, że rozświetlacz wcale nie jest kosmetykiem zbędnym, albo zarezerwowanym tylko na wielkie wyjścia. Że strategicznie nałożony i kontrolowany błysk sprawia, że cera wygląda młodziej, bardziej zdrowo i promiennie. To kosmetyk, który może odmienić najzwyklejszy nawet makijaż.
Moja miłość do rozświetlaczy zaczęła się dość dawno temu od słynnego (i wycofanego już) Platinum Illuminator od Estee Lauder. Jeśli go pamiętacie i możecie polecić jakiś godny zamiennik, będę bardzo wdzięczna:) Później był Smashbox, Chanel, Watt's Up od Benefit, a ostatnio Mary Loumanizer i Sleek. Ale powiem Wam, że te rozświetlacze Dior'a nie przypominają niczego co do tej pory znałam.


Przede wszystkim- konsystencja. Pudry są niesamowicie drobno zmielone, pod palcami jedwabiste w dotyku. Nie są suche jak większość kosmetyków pudrowych. Nie pylą. Sprawiają wrażenie twardych, ale pigmentacji nie można nic zarzucić. 
Poza tym- wykończenie. Bardzo subtelne. Delikatne jeśli nakładam je na sucho, mocniejsze jeśli na mokro. Ale nadal takie wiecie, z klasą

002 Glowing Nude i 001 Glowing Pink
To nie jest błysk, tafla jaką można z łatwością osiągnąć za pomocą np. Mary Lou, ale który raczej nie nadaje się na co dzień. To jest rozświetlenie, jakby z wewnątrz? Kosmetyk wtapia się w skórę tak, że nie widać gdzie się kończy a gdzie zaczyna. Trudno opisać ten efekt, nie mniej jednak wygląda to bardzo naturalnie co sprawia, że rozświetlacze są idealne do makijażu dziennego a takich zdecydowanie brakowało w mojej kolekcji. Cóż, teraz mam aż dwa:)


Buble- styczeń 2016

| On
13:09

Hej:) Dziś kilka słów o kosmetykach, które mnie rozczarowały.


Kredka do brwi Inglot Full Metal Eyebrow Pencil- zamknięta w pięknym metalowym opakowaniu wysuwana kredka o woskowej konsystencji była prawdziwą ozdobą mojej kosmetyczki. Niestety bardzo krótko. Ta kredka jest tak niewydajna, że to aż boli- tym bardziej że kosztuje ponad 40zł. Starczyła mi na niewiele ponad tydzień, a brwi maluję przecież tylko raz dziennie. Na dodatek wkład jest dość gruby i ciężko narysować nim precyzyjne kreseczki. 

Korektor i podkład L'Oreal True Match (stara wersja)- zwane przeze mnie sucharami. Doceniam przyjemnie jasną gamę kolorystyczną, ale dla mnie to koniec zalet tych produktów. Oba kosmetyki mają mega suchą i tępą konsystencję, którą bardzo ciężko rozprowadzić na skórze czy to pędzlem, gąbką czy palcami. Dodatkowo True Match podkreślają wszystkie suche skórki, których na prawdę próżno szukać na mojej przetłuszczającej się cerze. Mam wrażenie, że wyglądam w nim na starszą i bardziej zmęczoną niż jestem:P Nie muszę chyba dodawać, że nowa wersja tego podkładu w ogóle mnie nie kusi:)

Paloma Hand SPA cukrowy peeling do dłoni- okropny kosmetyk. Zaczynając od sztucznego, taniego zapachu, który ze SPA nie ma nic wspólnego, a na tłustej, wazelinowatej konsystencji kończąc. Nie mogłam po nim domyć rąk, tak były oblepione tym smalcem. Fuj...

Antyperspirant Bioderma Sansibio- na fali rozczarowań drogeryjnymi antyperspirantami, postanowiłam sięgnąć po coś z apteki. Niestety, produkt Biodermy kompletnie się nie sprawdził. Kulka się zacina i nie podaje produktu. Za każdym razem muszę ją ręcznie rozruszać a i tak produktu na niej jak na lekarstwo. Poza tym kosmetyk brzydko pachnie, a to podobno wersja perfumowana;) No i nie działa, nic a nic nie chroni przed potem. 

Bourjois Rouge Edition Aqua Laque- niestety przez moje gapiostwo na zdjęciu znalazła się starsza siostra tej pomadki Rouge Edition Velvet, do której właściwie nic nie mam. Także wyobraźcie sobie że leży tam Aqua Laque- mały koszmarek:P Pomijając okropny, chemiczny zapach i smak ta pomadka tragicznie rozprowadza się na ustach. W jednych miejscach zbiera się i jest jej za dużo, podczas gdy w innych nie ma jej wcale i widoczne są prześwity. Nie stapia się z ustami, tylko jakby ciągle przesuwa się po ich powierzchni, marze się. Jest to dziwne bo kosmetyk na konsystencję i wykończenie błyszczyka. Nie utrzymuje się zbyt długo na ustach, jeśli ktoś liczy na trwałość jego matowej poprzedniczki to się srogo rozczaruje. Wysusza i podrażnia moje usta. 

Sephora Gel Gloss Ultra Brilliant Ultra Shine...bla bla bla:P Nie lubię tych błyszczyków Sephory. Miałam już kilka i każdy oddałam mamie, która chyba lepiej się z nimi dogaduje;) Dla mnie są zbyt klejące (coś jak Dazzle Glass Maca) i nie fajnie pachną i smakują. Mimo swojej lepkości dość szybko schodzą z ust pozostawiając po sobie masę drobinek. Wysuszają. Już więcej nie kupię, nie ma mowy:D 

Zdarzyło Wam się ostatnio trafić na jakiegoś bubla? Jeśli tak, napiszcie mi, może dzięki Wam uniknę kolejnych rozczarowań:D