nail art & beauty

Image Slider

Moja skromna kolekcja pedzli Mac.

| On
21:19

Są obiektem pożądania wielu dziewczyn na całym świecie. Ja pierwszy raz usłyszałam o nich kilka lat temu, na YouTube. Wtedy używała ich każda szanująca się make-up artist i poniekąd tak jest do dziś, choć wiele firm wypuściło na rynek ich tańsze odpowiedniki. 
Czy warto wobec tego inwestować w pędzle Mac, które w Polsce są bardzo drogie (od 100 do 240zł)?


Cóż, moja odpowiedź brzmi tak, ale nie we wszystkie. Z sześciu posiadanych przeze mnie pędzli, dwa uważam za absolutnie genialne, must have i nie do zastąpienia (217 i 168). Reszta jest mocno taka sobie;)

Od lewej:

109 Small Contour Brush- mój pierwszy pędzel Mac, kupiłam go z myślą o konturowaniu twarzy bronzerem. Mała kuleczka wydawała mi się do tego celu idealna, z resztą nazwa też sugeruje takie przeznaczenie. Niestety mój egzemplarz jest dość sztywny, przez co nabiera zbyt dużo produktu i lubi robić plamy:/ Myślę że gdyby włosie było bardziej miękkie, pędzel spisywałby się o wiele lepiej.

239 Eye Shader Brush- myślałam że pędzel do nakładania cieni będzie raczej miękki i puchaty, ale ten taki nie jest. Włosie jest krótkie, sztywne i zbite a cienie aplikuje się nim po prostu źle. O tworzeniu przejść między poszczególnymi kolorami, blendowaniu nie ma absolutnie mowy, pędzel jest na to zbyt płaski. Za każdym razem kiedy go piorę, usiłuję go trochę rozczochrać żeby stał się bardziej "fluffy" ale daremnie. Szkoda.

217 Blending Brush- pędzel do rozcierania, ale tak na prawdę da się nim zrobić cały makijaż oka:) Uzależniający, sięgam po niego za każdym razem kiedy maluję oczy- a odkąd go mam jest to niemal codziennie, dzięki niemu polubiłam zabawę cieniami. Nawet nie szukam zamienników, bo ten spełnia moje oczekiwania w 100%. Przydałaby mi się choć jeszcze jedna sztuka.

212 Flat Definer Brush- zachorowałam na niego, kiedy zobaczyłam jak pewna dziewczyna na YouTube podkreśla nim brwi. Efekt był fantastyczny, a że ja na punkcie brwi mam ehemm... małego fioła- no to wiecie, rozumiecie- musiałam go mieć;) Ale, podeszłam do sprawy rozsądnie i najpierw przetestowałam podobny pędzel z Inglota (taki jak w TYM zestawie podróżnym), który już miałam w swojej kolekcji. Spodobało mi się, więc pomyślałam że skoro Inglot daje radę to Mac zapewne rzuci mnie na kolana. Tak się niestety nie stało, pędzel jest zbyt sztywny, cienki a włosie zbyt długie. Próbowałam też podkreślać nim górną linię rzęs, tzw. tightlining ale tu znów Inglot sprawdza się lepiej. Pociesza mnie jedynie fakt, że to raczej nowy nabytek i być może z czasem bardziej się polubimy. 

168 Large Angled Contour Brush- to też ulubieniec:) Genialnie aplikuje się nim róż- tworzy miękkie, ładnie roztarte rumieńce dosłownie za jednym machnięciem. Również z bronzerem radzi sobie fantastycznie, polecam obejrzeć sobie filmik Katosu nt konturowania, gdzie Kasia pokazuje jak za pomocą tego typu pędzla wyczarować perfekcyjne cieniowanie twarzy. Puder i rozświetlacz to też dla niego nie problem:) Włosie jest miękkie i puszyste, a pędzel jest tak skonstruowany że nie da się nim zrobić brzydkich plam. Właściwy kształt przyjmuje po pierwszym praniu, nowo wyjęty z opakowania wygląda nieszczególnie:P Także nie zrażajcie się.

219 Pencil Brush- tzw. pędzelek ołówkowy, który miał mi służyć do malowania dolnej powieki, zaznaczania wewnętrznego i zewnętrznego kącika oraz do rozcierania kreski. Niestety pędzel jest zbyt sztywny i na dodatek drapie więc używanie go w okolicach oka nie jest zbyt komfortowe. Gdyby nie ten "drobny" mankament sięgałabym po niego częściej i chętniej.

Takie są właśnie moje doświadczenia z pędzlami Mac, jak widać na dwoje babka wróżyła- niektóre pędzle są wprost fenomenalne, inne można śmiało zastąpić innymi, tańszymi odpowiednikami. 
Ze swojej strony, z czystym sumieniem mogę polecić 168 i 217

A Wy które pędzle Mac (i nie tylko) polecacie? 
A może macie jakiś patent jak sprawić żeby pędzle stały się bardziej miękkie i puchate?


Shiseido, Luminizing Satin Eye Color Trio- Opera i Beach Grass

| On
20:50

Shiseido to jedna z moich ulubionych marek kosmetycznych. Podkład Sun Protection czy tusz Lasting Lift (chyba już wycofywany, chlip) to produkty zawsze obecne w mojej kosmetyczce. 
Niedawno zainteresowałam się bardziej ich cieniami i po raz kolejny Shiseido mnie nie zawiodło. 
Dziś pokażę Wam dwie potrójne paletki- Opera i Beach Grass

(W zanadrzu mam jeszcze cienie w kremie, ale o nich następnym razem)


* Opera to mieszanka kolorów khaki/starego złota, jasnego, słonecznego złota i odcienia błękitu który popularnie nazywa się baby blue:) 
* Beach Grass z kolei to fiolet przełamany lekko bordo, brzoskwiniowo-różowy ciężki do zdefiniowania kolor, który absolutnie uwielbiam i ecru ze złotą poświatą:)



Z tych dwóch paletek moim niekwestionowanym faworytem jest Beach Grass, przepięknie podkreśla zielone czy niebieskie oczy, ale tak naprawdę to kolory pasujące każdemu. Gorzej ma się sprawa z Operą ponieważ kompletnie nie mam na nią pomysłu i chyba poleci do zakładki wymiankowej:)

Niemniej jednak cienie zachwycają swoją delikatną, bardzo miałką konsystencją i aksamitnym wykończeniem. Wszystkie są błyszczące, ale nie nachalnie. To raczej taki stonowany, bardzo elegancki połysk. Klasa sama w sobie.

Wg producenta:

Shiseido Luminizing Satin Eye Color Trio- potrójne cienie do powiek o jedwabiście gładkiej konsystencji. Zawiera Satin Smooth Powder - ujednolicone cząsteczki perłowe, które zapewniają uczucie idealnej gładkości oraz subtelnego połysku. Wyjątkowo trwałe, utrzymują się na powiece nawet do 8 godzin. 



Luminizing Satin zamknięte są w eleganckich, minimalistycznych kasetkach. W zestawie są pędzelek i pacynka których o dziwo da się użyć, jest też lusterko. 
Koszt takiej paletki to 169zł/3g

I wreszcie, swatche:)



Co o nich myślicie? Jaka jest Wasza ulubiona marka kosmetyczna? Koniecznie dajcie znać:)

Real Techniques- Eyes Starter Set

| On
21:51

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat pędzli do oczu znanej, brytyjskiej wizażystki i vlogerki Samanthy Chapman- jednej z sióstr pixiwoo:) 

Real Techniques- Eyes Starter Set


Pokrótce o każdym z pędzli:
* Deluxe Crease Brush- przeznaczony do załamania powieki, zupełnie się jednak do tego nie nadaje, chyba że macie oogroomne oczy. Ponadto, przez to że jest bardzo gęsty i zbity łatwiej nim zetrzeć cień niż go rozetrzeć. Samantha używa go do nakładania korektora pod oczy oraz wokół nosa i tu, potwierdzam sprawdza się dobrze, pozostawiając na skórze cieniutką warstwę kosmetyku. 
* Base Shadow Brush- czyli podstawowy pędzelek do cieni, również kiepsko sprawdza się w swojej roli. Przez to, że jest zbyt sztywny i spiczasto zakończony ciężko nałożyć nim cień na ruchomą powiekę. Ponadto mój egzemplarz drapie:/ Ze względu na kształt, miałam cichą nadzieję, że będzie podobny do 217 Mac'a ale nic z tych rzeczy. Moim zdaniem to najgorszy pędzel z tego zestawu.
* Brow Brush- skośny pędzelek do brwi, pomimo swego rozmiaru okazał się całkiem fajny. Z tym, że ja mam spore doświadczenie (tak mi się przynajmniej wydaje) z podkreślaniem brwi. Nie dorysujecie nim jednak pojedynczych włosków, nie przyda się też posiadaczkom cienkich brwi, ale jeśli macie trochę wprawy to możecie stworzyć za jego pomocą naturalny, ładnie wycieniowany efekt.
* Accent Brush- przeznaczony jak nazwa wskazuje do detali, których w moim makijażu brak. Używam go czasem do nakładania cienia na dolną powiekę, ale jest według mnie zbyt twardy. Lepiej się sprawdza do punktowego maskowania korektorem drobnych krostek czy przebarwień.
* Pixel- Point Eyeliner Brush- bardzo fajny pędzel do eyelinera, pod warunkiem że tak jak ja jesteście fankami grubych kresek:) Bo żadnej innej się nim nie da narysować, a przynajmniej ja nie umiem:P

Koszt takiego zestawu to ok. 100zł.

Jak widzicie, rewelacji nie ma i powiem Wam szczerze, że gdybym od tego zestawu zaczęła swoją przygodę z Real Techniques, to pewnie nie kupiłabym innych pędzli Samanthy. Na szczęście te przeznaczone do twarzy wyszły jej o wiele lepiej:) Wkrótce i o nich Wam napiszę.
Muszę jeszcze dodać, że pędzle RT sprzedawane w setach nie są dostępne "luzem" czego nie rozumiem i co uważam za ich ogromną wadę. 

A co Wy o nich sądzicie?


Sephora- maslo o zapachu kwiatu bawelny

| On
17:54

Lubicie marki własne Sephory czy Douglasa?
Ja do niedawna nawet nie patrzyłam w ich kierunku, ale kiedyś podczas zakupów zostałam "poczęstowana" próbkami z sephorowskiej serii Bath&Body i wpadłam jak śliwka w kompot;)

Wiele spośród tych zapachów uważam za udane, ale najbardziej przypadł mi do gustu Cotton Flower, czyli kwiat bawełny. Gama kosmetyków jest dość szeroka- wszystkie dostępne zapachy- warto kliknąć w interesujący was zestaw aby dowiedzieć się jakie nuty zapachowe w sobie kryje.
W ofercie są min. żele pod prysznic i do kąpieli, balsamy i masła do ciała, mgiełki, musujące kostki a nawet świeczki:)
Ja wybrałam:


Masło jest zamknięte w 200ml słoiku, co pozwala na zużycie kosmetyku do samego końca.
Bardzo podoba mi się minimalistyczna szata graficzna tych produktów- fajnie prezentują się na półce w łazience.

Masło ma konsystencję gęstego delikatnego kremu, dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Pozostawia skórę gładką i miękką na długi czas. Nie podrażnia, nawet po goleniu- dla mnie duży plus bo często nie mam czym posmarować łydek po depilacji, wszystko mnie piecze i szczypie.
Jeśli chodzi o zapach, to jest on jednocześnie wielką zaletą jak i wadą tego kosmetyku. A to dlatego że jest bardzo, bardzo intensywny- raz przedobrzyłam i nie mogłam przez niego zasnąć:D W opakowaniu pachnie trochę jak krem Nivea, ale po rozsmarowaniu na skórze wychodzi z niego coś niesamowicie urzekającego, ciepłego i czystego jednocześnie. Trudno uniknąć  skojarzeń ze świeżo wypraną pościelą- wszak masło ma w nazwie kwiat bawełny:) Jest też lekko piżmowa, zmysłowa nuta^^

Skład:

Podsumowując, masło bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Spodziewałam się jedynie ładnego zapachu, a dostałam bardzo fajny produkt o dobrych właściwościach pielęgnacyjnych.

Cena: ja swoje masło kupiłam za 35zł/200ml

Znacie? Lubicie?

Maybelline, Color Tattoos

| On
18:57

Ostatnio dzięki Elle zdałam sobie sprawę, że nie wspomniałam na blogu o Color Tattoos od Maybelline, więc czym prędzej nadrabiam to niedopatrzenie:)
Moja relacja z tymi cieniami nie należy do łatwych. Wszystko zaczęło się od koloru On and on Bronze, który niesamowicie mi się podoba ale którego za żadne skarby nie potrafiłam obsługiwać. Przeglądając makijaże innych dziewczyn, nie mogłam się nadziwić jak one to robią że ten cień wygląda na nich tak dobrze. Kiedy w końcu udało mi się to ogarnąć (a przynajmniej tak myślę), postanowiłam dokupić inne Color Tattoos. Tyle, że one bardzo się od siebie różnią i to nie tylko odcieniem:)


Kremowo- żelowe cienie Maybelline są zamknięte w szklanych słoiczkach, a każdy z nich mieści 4g produktu. To całkiem przyzwoita pojemność, bo do pomalowania oczu wystarczy dosłownie odrobina a cienie są mocno zbite. Ich konsystencja jest twarda, ale pod palcami lekko się topi. 

Moim zdaniem wykończenie cieni dzieli się na dwa rodzaje: metaliczne (np. On and on Bronze, Everlasting Navy i Turquoise Forever) oraz satynowe, czy też raczej matowe (np. Permament Taupe i Endless Purple). Niestety te drugie są dość trudne we współpracy, nakładają się tępo i lubią robić prześwity. Trzeba mieć do nich sporo cierpliwości. Odcienie z połyskiem są trochę łatwiejsze w obsłudze, ale tylko trochę;). Cienie bardzo szybko zastygają na powiece, co znacząco utrudnia pracę z nimi, rozcieranie czy poprawki. 
Jak już się nabierze trochę wprawy, można się pokusić o stopniowanie poziomu krycia, od delikatniej poświaty koloru po mocny, wręcz przeładowany efekt metalicznych powiek. Zobaczcie jak pięknie wygląda to u Obsession:)
Niestety, na moich tłustych powiekach cienie nie trzymają się dobrze. Nawet z bazą dość szybko zaczynają zbierać się w załamaniu, migrować i miejscami przecierać. Było to dla mnie nie lada zaskoczeniem i rozczarowaniem, tym bardziej że produkt ten zachwalany jest przez tyle osób jako nie do zdarcia. 
A jednak uparłam się że znajdę na nie sposób i znalazłam. Stosuję Color Tattoos jako bazy pod cienie, które świetnie podbijają ich kolor, przedłużają trwałość i utrzymują je na miejscu. Taka metoda świetnie się u mnie sprawdza.

Chciałabym aby w Polsce było dostępnych więcej odcieni, marzy mi się kilka z kolekcji Metal, czy limitowanek na rynek amerykański. Wiem, że można je kupić na ibeju ale ceny rzadszych kolorów bywają mocno zawyżone. Poza tym miło by było móc pójść do sklepu i pomacać:D

A Wy znacie Color Tattoo? Jakie jest Wasze zdanie na ich temat?

Cena: w promocji można je kupić już za ok. 15zł, natomiast cena regularna to ok. 30zł/4g

Bio Oil

| On
21:20

Pierwszy raz zetknęłam się z tym olejkiem kilka lat temu, za granicą. Pamiętam, że nie było drogerii czy marketu, w którym półki nie uginałby się pod ciężarem Bio Oil. Początkowo nawet chciałam się skusić, jednak zerknięcie na skład szybko ostudziło mój zapał- przecież to w zasadzie perfumowana parafina. 
Tymczasem Bio Oil zyskiwał coraz większą popularność, szukając o nim opinii w internecie natknęłam się na rzesze jego fanek i drugie tyle rozczarowanych. 
Kiedy pojawił się na półkach naszych rodzimych drogerii, byłam już na tyle zaintrygowana, że postanowiłam w końcu wypróbować go na własnej skórze.


Niestety cena tego kosmetyku w Polsce nie zachęca- 36zł/60ml, choć wydałabym te pieniądze bez mrugnięcia okiem na naturalny olej z jakimś eko certyfikatem:) 
No ale jak mówiłam, ciekawość wzięła górę tym bardziej że udało mi się dorwać go w promocji za 20 parę złotych.

Bio Oil jest zamknięty w prostej, plastikowej butelce, przezroczystej i zakręcanej. Podoba mi się takie rozwiązanie, choć nie jest tak eleganckie jak np. szklane buteleczki Nuxe czy Lierac. No ale to raczej nie ta klasa produktu, a przynajmniej jest wygodnie i bezpiecznie- nic się nie stłucze.

Konsystencja, jak na olejek jest dość rzadka i lejąca dzięki czemu Bio Oil gładko rozprowadza się na skórze i całkiem szybko wchłania, pozostawiając jednak delikatną warstewkę typową dla olei.
Musze tu zaznaczyć, że moja skóra nie jest specjalnie wymagająca i poziom nawilżenia jaki zapewnia Bio Oil jest dla mnie całkowicie wystarczający.

Jednak to, co dosłownie uwiodło mnie w tym produkcie to jego zapach- niesamowicie aksamitny, ciepły i otulający. Czuć w nim rozmaryn i lawendę. I choć z reguły nie przepadam za takimi aromatami, to ziołowa woń Bio Oil działa na mnie niezwykle relaksująco. Uwielbiam stosować go wieczorem, bo ten zapach pomaga mi zasnąć:)

Na koniec, chciałabym krótko odnieść się do obietnic producenta, które brzmią bardzo kusząco. Same zobaczcie na co powinien pomóc Bio Oil:

Blizny- smarując olejkiem całe ciało, chcąc nie chcąc wcierałam go także w dwie blizny które mam po usunięciu znamion. Przyznaję, że obie mocno zbladły i zrobiły się płaskie, nie wiem jednak na ile jest to zasługa Bio Oil a na ile czasu. Choć stosowana wcześniej maść Contratubex nie przyniosła większych rezultatów, więc...:)

Rozstępy- tu olejek nie miał pola do popisu więc nie będę się wypowiadać.

Nierównomierny koloryt skóry, skóra starzejąca się, skóra odwodniona- hmm nie mam żadnych przebarwień, a wpływu Bio Oil na starzenie nie mogę teraz w pełni ocenić. Natomiast jeśli chodzi o utrzymywanie skóry w dobrej kondycji i nawilżenie nie mam mu nic do zarzucenia. 

Nie jest to może kosmetyk niezbędny, o niepowtarzalnych właściwościach, a jednak przyjemność jego stosowania z pewnością skłoni mnie do ponownego zakupu:)

Używałyście Bio Oil? Co o nim myślicie- cud w butelce czy owoc przemyślanego marketingu? 

Skład: Paraffinum Liquidum, Triisononanoin, Cetearyl Ethylhexanoate, Isopropyl Myristate, Retinyt Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Anthemis Nobilis Flower Oil, Lavandula Angustifolia Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Calendula Officinalis Extract, Glycine Soja Oil, BHT, Bisabolol, Parfum, Alpha-lsomethyl lonone, Amyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Citronellol, Coumarin, Eugenol, Farnesol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool, CI 26100

Emulsja matujaca Vichy- moj filtr idealny

| On
20:04

Dziś na tapecie kosmetyk, który zdążył już narobić w blogosferze sporo zamieszania. Naszczęście, z rego co czytałam, raczej pozytywnego:)


Jak to jest z filtrami, większość z nas doskonale wie- są bardzo tłuste, bielą, a wykonanie na nich przyzwoitego makijażu to wyższa szkoła jazdy. A jak jeszcze ktoś ma tłusta cerę, jak ja, to już w ogóle filtrowanie staje się problematyczne.
Z tego właśnie powodu, jakiś czas temu zrezygnowałam z codziennego nakładania typowych kremów z SPF, na rzecz podkładów i BB kremów z wyższym faktorem- choć wiem że to nie to samo. 
Tradycyjnych filtrów używałam w zasadzie tylko latem, kiedy przebywałam na zewnątrz.
Jednak dzięki Vichy, mogę powrócić do regularnego filtrowania:) 

Emulsja zamknięta jest w miękkiej tubce z zamknięciem na klapkę- czyli prosto i wygodnie. Opakowanie mieści 50 ml produktu. 
Sam kosmetyk ma konsystencję dość gęstego, białego kremu który na skórze rozprowadza się bez problemu ale i bez poślizgu, typowego dla tłustszych mazideł do których byłam przyzwyczajona. Wchłania się właściwie natychmiast, pozostawiajac skórę matową. Nie bieli nic, a nic nawet jeśli nałożę do duuużo. 
Zapach jest wg mnie bardzo przyjemny, jakby lekko owocowy- nareszcie filtr który nie pachnie jak pasta do podłogi czy pół litra:)
Wykonany na nim makijaż trzyma się świetnie przez cały dzień, chyba nawet lepiej niż na gołej skórze, a filtr nie przebija spod podkładu czy pudru. Cera wygląda w nim naturalnie.
Vichy jest więc dla mnie idealną bazą, która jednocześnie daje mi wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Bo z tej najważniejszej funkcji emulsja również wywiązuje się na medal.

Przyznaję, dla mnie to filtr idealny i nie czuję potrzeby szukania czegos innego. Polecam Wam ten kosmetyk z czystym sumieniem.

P.S Obecnie możecie mieć problem z jej zakupem (i ogólnie kremów z filtrem)- dlaczego tak jest możecie przeczytać u Ziemoliny. Ja w każdym razie, spróbuję dorwać ją jeszcze w jakiejś aptece internetowej, a w przyszłym roku z pewnością zrobię zapas:)

Cena: 50-60zł/50ml

Skład: Water, Homosalate, Silica, Ethylhexyl Salicylate, Ethylhexyl Triazone, C12−15 Alkyl Benzoate, Bis−Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Drometrizole Trisiloxane, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Octocrylene, Glycerin, Pentylene Glycol, Styrene/Acrylates Copolymer, Potassium Cetyl Phosphate, Parfum / Fragrance, Caprylyl Methicone, Acrylates/C10−30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Aluminum Hydroxide, Caprylyl Glycol, Cinnamomum Cassia Bark Extract, Dimethicone, Disodium EDTA, Inulin Lauryl Carbamate, PEG−8 Laurate, Phenoxyethanol, Poterium Officinale roqt Extract, Stearic Acid, Stearyl Alcohol, Terephthalylidene Dicamphor Sulfonic Acid, Titanium Dioxide, Tocopherol, Triethanolamine, Xanthan Gum, Zingiber Officinale Root Extract / Ginger Root Extract

Nuxe, Reve de miel- ultraodzywczy balsam do ust

| On
20:20

Chciałabym przedstawić Wam dziś kosmetyk, który jest moim absolutnym must have, KWC i w ogóle wydam na niego ostatnie pieniądze. Tak, to będzie bardzo pozytywna recenzja... :)

Mowa o odżywczym balsamie do ust firmy Nuxe:


Balsam zawiera skoncentrowane składniki naturalne- miód akacjowy, masło karite, oleje roślinne, wyciąg z grejpfruta- które sprawiają że nawet najbardziej spierzchnięte usta stają się miękkie i doskonale gładkie. Jego skuteczność została przetestowana w mroźnych, kanadyjskich warunkach. Produkt zawiera 80,2% składników pochodzenia naturalnego. Nie zawiera parabenów. Nie jest testowany na zwierzętach, a co więcej marka wspiera pasieki i ochronę pszczół:) 


Wszystko to co obiecuje producent, to szczera prawda. Balsam nakładam głównie na noc, grubszą warstwą a rano moje usta są gładkie, jędrne i miękkie. Co najlepsze, ten efekt utrzymuje się później przez cały dzień. To pierwszy kosmetyk który tak wspaniale dba o moje usta, które są dość wymagające i wrażliwe na wysuszanie i podrażnienia. Pokochałam go tak bardzo, że zużywam właśnie drugie opakowanie, pierwsze wystarczyło mi na ponad pół roku:)


Kosmetyk ma dość ciężką konsystencję pasty. Zamknięty jest w eleganckim, szklanym słoiku. Nałożony cieniutko jest właściwie niewyczuwalny, ja jednak preferuję zaaplikowanie grubszej warstwy (np. na noc) która tworzy na ustach woskową powłoczkę i świetnie je nawilża. Zapach jest moim zdaniem bardzo przyjemny- wyczuwam głównie cytrusy, miodu jakby mniej.
Ze względu na naturalne składniki zawarte w balsamie (chodzi tu chyba o ten  miód) kosmetyk może się krystalizować- tzn. mogą pojawiać się w nim grudki. Nie wpływa to w żaden sposób na jakość produktu, jednak może denerwować. Aby tego uniknąć, staram się trzymać swój balsam w dość ciepłym i ciemnym miejscu, np. szufladzie. 

Cena: 25-35zł/15ml (ceny bardzo się różnią w zależności od apteki, ja za swój zapłaciłam 20zł bo trafiłam na promocję, ale słyszałam też że gdzieniegdzie kosztuje aż 45zł)


Znacie ten (lub inne) kosmetyki firmy Nuxe? Lubicie?

Maybelline, Color Sensational Shine Gloss

| On
16:09

Pewnie wiele z Was już je zna, ale i ja postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze i napisać o tych błyszczykach. 
Nigdy nie zwracałam uwagi na te, dostępne w regularnej ofercie, jednak nowe Color Sensational Shine Gloss przyciągnęły mój wzrok swoimi soczystymi kolorami. Nie mogąc się zdecydować, wzięłam cztery i była to bardzo dobra inwestycja:)


Przede wszystkim, co dla mnie najistotniejsze- błyszczyki Maybelline absolutnie, nawet w najmniejszym stopniu nie wysuszają moich ust. Było to dla mnie nie lada zaskoczeniem, ponieważ moje usta są bardzo wrażliwe i nawet o wiele droższe kosmetyki potrafią je zmasakrować. Także za to ogromny plus. Nie są też lepkie, czego nie znoszę.

Co poza tym? Błyszczyki, choć nie są stainami barwią odrobinę usta  także nawet kiedy już się "zjedzą", pozostawiają na nich subtelną poświatę koloru. Jest to jednak efekt bardzo delikatny.

Kolory. Są niesamowite, nasycone i żywe. Pierwsza warstwa jest pół transparentna ale każda kolejna intensyfikuje kolor i sprawia, że usta wyglądają barwnie i soczyście. Kolory, które ja posiadam nie maja żadnych drobinek.
Dodatkowo błyszczyki pięknie błyszczą niemal lustrzanym blaskiem.

Plusem jest również opakowanie- smukłe, klasyczne, nie zajmie wiele miejsca w kosmetyczce czy kieszeni jeansów. Jest przeźroczyste, więc doskonale widać ile produktu w nim zostało i po jaki sięgamy kolor. Aplikator gąbeczka nabiera odpowiednią ilość produktu i precyzyjnie oraz równomiernie rozprowadza go na ustach.

Zapach jest bardzo subtelny i owocowy, trzeba się mocno wwąchać żeby go poczuć. Dla mnie to kolejny plus:)
Wad wg mnie ten produkt nie posiada żadnych i był dla mnie przyjemnym, pozytywnym zaskoczeniem. 

Polecam, polecam, polecam!

Oh My Gosh! znowu niebieski lakier...

| On
18:03

Nie przepadam za niebieskimi lakierami, tak samo za zielonymi i żółtymi... Owszem podobają mi się, ale nie koniecznie na moich paznokciach, a to dlatego że takie kolory wydaja mi się w jakiś sposób nienaturalne. Tak jakby róże i czerwienie były naturalną barwą płytki paznokciowej;)... Wiem, bez sensu. 
Tymczasem już drugi raz w tym miesiącu pomalowałam paznokcie na niebiesko. Coś się dzieje, może powinnam się zbadać:P


*Nazwa: Oh My Gosh!- 24 Baby Blue
*Ilość warstw: dwie
*Top coat: Seche Vite
*Oświetlenie: naturalne
*Zdjęcia dobrze oddają wygląd lakieru.
*Lakier w ślicznym i dziewczęcym kolorze jasnego, pastelowego błękitu- baby blue właśnie. Dosyć rzadki, a jednak nie zalewa skórek i nakłada się wyjątkowo gładko i przyjemnie. Bez drobinek, bez perły- wykończenie jest kremowe.  Bardzo ładnie i świeżo wygląda na paznokciach.





:)