Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

Clarins Lip Comfort Oil czy Eveline Lip Elixir- porównanie olejków do ust

| On
15:17


Kiedy pierwszy raz usłyszałam o olejkach do ust, pomyślałam że producentom kosmetyków chyba kończą się pomysły. Przecież to już było... W takiej szklanej fiolce z kulką, kupowało się w kiosku:P w różnych smakach i kolorach, czasem nawet z dodatkiem brokatu. Niestety, tamto mazidło z czasów mojej młodości, walorów pielęgnacyjnych miało za grosz...

Coś się najwyraźniej w tej kwestii zmieniło, bo dziewczyny oszalały na punkcie olejku Clarins, a inne firmy szybko zaczęły wypuszczać swoje wersje kosmetyku.
Dlatego dzisiaj chciałabym porównać dla Was osławiony Clarins Instant Light Lip Comfort Oil z tańszym produktem firmy Eveline:)


Oba kosmetyki opakowane zostały w kartonik- Clarins w mały i raczej minimalistyczny, natomiast Eveline... no cóż, jak zwykle "urzeka" bazarowym designem:P No ale, to nie jest przecież najważniejsze. Istotne jest to, co w środku. Olejek Eveline zamknięto w smukłej tubce typowej dla błyszczyków, natomiast opakowanie Clarinsa jest mniejsze i bardziej kompaktowe, przypomina szkło- ale nim nie jest.

Kosmetyki występują w różnych wersjach kolorystycznych i zapachowych (np. malina czy żurawina)- przy czym sugerowałabym się raczej tym drugim, ponieważ na ustach wszystkie wyglądają na bezbarwne.
Ja wybrałam wariant Vanilla (Eveline) i Honey (Clarins)- nazwy dość dobrze oddają zapachy olejków, które są delikatne i nie przeszkadzają. 
Można ich używać solo albo na pomadkę, ale trzeba mieć na uwadze, że wtedy szybko stracą swój ładny wygląd:)

Oba olejki mają pojemność 7ml i są zdatne do użytku przez 18 miesięcy od otwarcia. Za produkt marki Clarnis przyjdzie nam zapłacić 85zł (w cenie regularnej) a za Eveline 16zł.

W składzie produktu Clarins znajdują się między innymi olejki jojoba, z orzecha laskowego oraz ze śliwki mirabelki (wersja miodowa). Producent kusi wizją pielęgnacji i makijażu w jednym.
Natomiast u Eveline mamy oliwę z oliwek, olej z awokado i kokosowy. A wszystko obficie podlane parafiną:)
Ponadto producent obiecuje regenerację, nawilżenie, powiększenie, wygładzenie, ujędrnienie, zniwelowanie zmarszczek, poprawienie konturu, ochronę przed słońcem, wiatrem i mrozem. A to wszystko w 5 minut!
Serio, czasem mam wrażenie, że niektórzy producenci mają nas za idiotki.



Produkty bardzo różnią się konsystencją
Olejek Clarins ma postać żelową, dzięki czemu nie spływa z ust, nie rozlewa się poza kontur, no i zdecydowanie dłużej się na nich utrzymuje. Ale umówmy się, nie są to produkty long lasting;) Clarins daje uczucie komfortu, nawet mocno spierzchniętym wargom i otula je przyjemną, gęstą powłoką. Gąbczasty i miękki aplikator pozwala za jednym zamachem nałożyć odpowiednio dużo olejku aby poczuć ten efekt. Olejek nie skleja ust, co jest ogromnym plusem. Właściwościom pielęgnacyjnym nie mam nic do zarzucenia. Po ulotnieniu się olejku, moje usta są miękkie i gładkie jak po użyciu dobrego balsamu.

Natomiast Eveline to taki typowy olejek, dla mnie wypisz wymaluj jak ten błyszczyk z kulką sprzed lat. Jest rzadki, więc nie trzyma się za dobrze ust. Mam wrażenie że lubi uciekać ze środka ust i rozlewać się za ich brzegi. Chyba nie o to chodziło producentowi, kiedy obiecywał poprawienie konturu?:) Aplikator jest bardzo mały, dużo węższy niż w tradycyjnych błyszczykach, przez co żeby nałożyć zadowalającą mnie ilość muszę się trochę namachać. Na szczęście nie jest lepki. Niestety po całym dniu z olejkiem Eveline moje usta były bardzo wysuszone, co było nie tylko czuć ale i widać- zwłaszcza w ich środkowej części (tej, z której olejek migrował na boki). 

Podsumowując, chociaż na ustach oba produkty wyglądają łudząco podobnie to jednak komfort noszenia i właściwości pielęgnacyjne przemawiają na korzyść Clarins Lip Comfort Oil. Przyznam szczerze, że nie jestem zaskoczona. A Wy?

Ziaja, Lano-Maść do pielęgnacji ust?

| On
15:35

Lano- maść firmy Ziaja, to w teorii kosmetyk przeznaczony do pielęgnacji brodawek sutkowych w ciąży i okresie karmienia. Ale od kiedy to zalecenia producentów nas powstrzymują?;) 
Tym bardziej, że produkt Ziaji jest bardzo często porównywany do kilkukrotnie droższego balsamu Dr Lipp. Oba mają w składzie 100% lanoliny


Pierwsze rozczarowanie przyszło kiedy otworzyłam kartonik i zobaczyłam to maleństwo. Po rozmiarze opakowania spodziewałam się, że tubka będzie większa. No ale ok, zamierzałam przecież stosować lano- maść jako balsam do ust, a nie marynować się w niej;)

Konsystencja kosmetyku jest bardzo gęsta, topornie sunie po skórze ciągnąc ją. Na marginesie, nie wyobrażam sobie smarować nią poranionych sutków:/ 
Pod wpływem ciepła maść zamienia się w oleistą, rzadką maź która przemieszcza się, spływa i rozlewa poza kontur ust. 

Początkowo próbowałam nakładać ją cienką warstwą, sądząc że będzie dobrą bazą pod pomadkę. Niestety, zbyt mała ilość produktu nie daje dość poślizgu i wargi sklejają się ze sobą. Pomadka wygląda na niej nieciekawie, nakłada się ją z trudem- jak na warstwę kleju.

Aplikacja grubej warstwy na noc również zakończyła się fiaskiem. Rankiem moje usta były przesuszone- wyraźnie widać i czuć na nich taką skorupkę. O dziwo resztki maści też. Także właściwości nawilżające ma mizerne.

Ostatecznie chciałam zużyć lano maść do natłuszczania skórek wokół paznokci, ale niestety kosmetyk tak strasznie lepi się do wszystkiego, że po kilku próbach dałam sobie spokój. 

Na plus mogę zaliczyć to, że nie zawiera konserwantów, barwników ani substancji zapachowych. To ostatnie z resztą czuć, bo produkt nieco dziwnie pachnie (żeby nie napisać śmierdzi), niezbyt mocno ale jednak. 

Za tubkę poj. 15ml zapłaciłam na stoisku Ziaji 18zł a więc więcej niż podają internety. 

Używałyście maści z lanoliną do pielęgnacji ust? Jakie są Wasz odczucia? Może macie porównanie do słynnego Dr Lipp? 

Dove, Derma SPA Cashmere Comfort- krem do rąk i balsam do skóry bardzo suchej

| On
08:00

Przyznaję, że na pielęgnację marki Dove nie zwracałam wcześniej wielkiej uwagi. Regularnie kupuję ich mydło w kostce i antyperspirant, ale to by było tyle. Myślę, że ich ogólna dostępność sprawiła że traktowałam je trochę po macoszemu;) 
Ale w zeszłym roku odkryłam, całkiem przypadkiem Dove Purely Pampering olejek do ciała pistacja- magnolia, w którym totalnie się zakochałam. Niestety firma zrobiła mi brzydkiego psikusa i olejek wycofała, zostawiając inne produkty z serii co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe... No ale, moje zainteresowanie ofertą Dove wzrosło i tak w moje ręce trafiły kosmetyki z serii Derma Spa Cashmere Comfort- balsam do ciała i krem do rąk.


Kosmetyki dedykowane są skórze bardzo suchej, a moja skóra na ciele zdecydowanie taka jest. Mają ją regenerować, odżywiać i przede wszystkim długotrwale nawilżać. I z nie małym zdziwieniem przyznaję, że z tych zadań wywiązują się bardzo dobrze. 

Na szczególną uwagę zasługuje lotion, którego konsystencja znacznie różni się od konsystencji innych drogeryjnych balsamów. Jest wyraźnie bardziej bogata i treściwa, pozostawia na skórze delikatną, komfortową warstwę ochronną. Skóra po jego użyciu jest w wyraźnie lepszej kondycji, bardziej miękka i gładka. Wiem, że w ofercie jest jeszcze masło do ciała które jest jeszcze gęstsze i mam wielką ochotę je wypróbować;) 

Krem do rąk również mi się spodobał, choć oczywiście z TYM zawodnikiem równać się nie może;) Ale skórę, która nie jest ekstremalnie przesuszona czy popękana utrzymuje w dobrej kondycji.  Nakładany w umiarkowanych ilościach ładnie się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy na dłoniach.

W składzie oprócz gliceryny znajdziemy olej arachidowy a także silikon, którego ja staram się unikać ponieważ nie lubię uczucia jakie daje. O dziwo, w przypadku tych kosmetyków absolutnie mi on nie przeszkadza- może to kwestia pozostałych składników, ale nie czuję tej sztucznej, silikonowej powłoki na skórze.

Na koniec zostawiłam sobie zapach, czyli coś co zdecydowanie skłania mnie do częstego sięgania po serię Cashmere Comfort. Jest on zupełnie niespotykany pośród kosmetyków z drogeryjnej półki. W kilku słowach: otulający, ciepły, apetyczny, korzenny, jesienno-zimowy, kobiecy, zmysłowy, uzależniający... 
Mogłabym mieć takie perfumy:) 

Dajcie znać czy używałyście kosmetyków z tej serii i jak Wam się sprawdziły. Jestem też ciekawa jak Wy odbieracie ten zapach?


Zimowej pielęgnacji ciąg dalszy- Sephora Ultra Nourishing Shower Cream

| On
15:36

Niedawno pisałam Wam o moim ulubionym kremie do rąk na zimę KLIK, a dziś o równie lubianym żelu pod prysznic z Sephory. Choć nazwanie tego kosmetyku żelem odnosi się jedynie do jego zastosowania:)


Ultra Nourishing Shower Cream jak sama nazwa wskazuje ma konsystencję kremową. Bardzo treściwą i gęstą jak dobrej jakości śmietana- suche skóry zawyją z uciechy:) Używanie go to prawdziwa przyjemność. Skóra po kąpieli jest przyjemnie miękka i lekko nawilżona, nie trzeba zaraz wcierać balsamu. Ja bardzo lubię go używać tuż po porządnym peelingu- efekty są wtedy zachwycające. Można też stosować go do mycia twarzy, co zdarzyło mi się robić i tu również spisuje się bardzo dobrze. 

Uwielbiam jego zapach, delikatny, pudrowo- kremowy. Niesamowicie umila czas pod prysznicem, aż nie chce się stamtąd wychodzić:) Długo utrzymuje się na mojej skórze, ale nie konkuruje z perfumami. 

Podoba mi się też stylistyka tej serii. Jest prosta, schludna i nie przekombinowana. Opakowanie solidne, z pompką która działa bez zarzutu i nie zacina się.

Jedyną wadą może być cena- 45zł za 400ml. Na szczęście pomimo swojej konsystencji jest to produkt dość wydajny, a Sephora często oferuje różne zniżki i promocje na swoją markę. Wtedy zdecydowanie warto się w niego zaopatrzyć. Ja robię zapas:)

Uriage D.S- moja pomoc w walce z ŁZS

| On
17:14

Mam wrażenie, że czasy kiedy jedynym moim pielęgnacyjnym zmartwieniem była zbyt mocno przetłuszczająca się skóra na nosie bezpowrotnie minęły;) Jako posiadaczka cery tłustej, która sama z siebie nie bardzo chce się prawidłowo złuszczać, jestem niemalże "skazana" na ŁZS- czyli łojotokowe zapalenie skóry. Problem nie jest jeszcze mocno nasilony, nie mniej jednak postanowiłam działać ponieważ wiem, z doświadczenia bliskiej mi osoby, jak może być nieprzyjemnie kiedy się sprawę zaniedba. 
A oto moi pomocnicy w walce z ŁZS:


Po przeczytaniu wielu opinii zdecydowałam się na serię D.S od Uriage, ponieważ jako jedyna posiada wszystkie produkty, na których mi zależało a więc żel do mycia twarzy i ciała, emulsję (czyli po prostu krem) oraz lotion- preparat w sprayu do stosowania na skórę głowy. 

Kosmetyki te stworzono, aby zapobiegać nawrotom łojotokowego zapalenia skóry. 
Produkty zawierają piroktonian olaminy, który reguluje namnażanie się Malassezia furfur (odpowiedzialnego za powstawanie ŁZS), opatentowany kompleks TRL2, który hamuje proces zapalny, oraz wodę termalną Uriage, która łagodzi świąd, koi podrażnienia i zaczerwienienia. Ponad to w składach poszczególnych produktów znajdują się: olej z jałowca o właściwościach odkażających i przeciwgrzybicznych, masło shea i glicerynę.

Kosmetyków używam od początku grudnia, czyli dwa miesiące i już mogę zauważyć znaczne efekty. 
Zniknęło całkowicie zaczerwienienie na twarzy (u mnie występowało w okolicy nosa, na tzw. pućkach:), koloryt skóry wyrównał się i nie wyglądam już jakbym sobie zrobiła krzywdę różem do policzków. Cera jest zdecydowanie gładsza w dotyku, a kosmetyki kolorowe prezentują się na niej o wiele lepiej. 
Jeśli chodzi o skórę głowy, to lotion dał zadziwiające rezultaty. Przede wszystkim głowa wreszcie przestała mnie swędzieć ( a ja przestałam się czochrać jak małpa w zoo:), łuska i drobny łupież zniknęły a włosy są dłużej świeże. 

Myślę, że można śmiało powiedzieć, że kryzys został zażegnany, ale seria D.S ze mną zostaje. W szczególności emulsja i lotion. Wierzę, że stosowane profilaktycznie pomogą mi zapobiec nawrotom łojotokowego zapalenia skóry. 

Ps. Identyczny zestaw sprezentowałam mężowi u którego problem był znacznie bardziej nasilony niż u mnie i póki co efekty są wielce obiecujące:)




The Secret Soap Store 20% masła Shea- krem do rąk do zadań specjalnych

| On
20:46

Kiedy na dworze robi się zimno, a w domach zaczynają grzać kaloryfery, moje dłonie zmieniają się z bezproblemowych w zmasakrowane. I nie mam tu na myśli kilku suchych skórek, tylko bolesne, głębokie pęknięcia- takie aż do krwi. 
Dlatego zimą potrzebuję kremu do rąk z prawdziwego zdarzenia i dla mnie takim produktem jest już od kilku sezonów krem z 20% masła shea od The Secret Soap Store.


Kosmetyk występuje w kilku wersjach zapachowych min. trawa cytrynowa, pomarańcza, wanilia, zielona herbata czy passiflora- wszystkie pachną bardzo przyjemnie.

Krem zamknięto w tubce z miękkiego plastiku, który z wyglądu imituje metal. Jest to bardzo dobre rozwiązanie przy gęstej i treściwej konsystencji produktu. Z wyciśnięciem go do samego końca nie ma żadnych problemów. Moje opakowanie ma 70 ml ale z tego co widziałam na stronie secret-soap.com można je obecnie kupić w pojemności 30 i 80 ml. Niezbędne info, takie jak dokładny skład czy termin przydatności znajdują się na etykiecie.

Działanie kremu oceniam na bardzo dobre. Świetnie chroni dłonie przed mrozem, nawilża przesuszoną skórę i pomaga jej się zregenerować, zmiękcza i koi podrażnienia. 
Jak na swoją konsystencję- gęstej, zbitej pasty, krem wchłania się całkiem przyzwoicie (wcale nie trzeba go dużo), ale pozostawia na skórze delikatną powłoczkę. Nie jest to jednak tak nie lubiana przeze mnie lepka i śliska warstwa, ponieważ kosmetyk nie zawiera silikonu. W składnie nie znajdziemy również parabenów, sles ani pochodnych ropy naftowej. 
Krem zawiera za to (oprócz masła shea) glicerynę, mocznik, olej awokado i pantenol.
Nie jest testowany na zwierzętach. 

Składniki INCI/Ingredients: Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Cetearyl Alcohol, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Glyceryl Stearate SE, Urea, Parfum, Ceteareth-20, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Panthenol, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Juice, Sodium Polyacrylate, Sodium Ascorbyl Phosphate, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Ethylhexylglycerin, Polyaminopropyl Biguanide, Benzyl Alcohol, Citral, Citronellol, Eugenol, Farnesol, Geraniol, Linalool

Jestem ciekawa czy używaliście kosmetyków TSSS i czy przypadły Wam do gustu?


Clarins Beauty Flash Balm

| On
21:55
Może zacznę od tego, że niespecjalnie lubię maseczki. Jest z nimi jakby sporo zachodu, a jestem jakby zbyt leniwa:P Kupując Beauty Flash Balm od Clarins myślałam, że cóż lepiej zmieni moje nastawienie do tego typu mazideł jak nie ona- królowa wśród maseczek? A poza tym lubię tę markę:)


Opakowanie BFB bardzo trafia w mój gust. Przede wszystkim graficznie, ale też pod kątem praktycznym, cieszę się że producent postawił na higieniczną tubkę, a nie na przykład słoik. 
Zapach kosmetyku jest według mnie dość charakterystyczny, bardzo mocny, "babciny"- zdecydowanie nie każdemu się spodoba.
Maseczka ma jasno brzoskwiniowy kolor i konsystencję, której moim zdaniem bliżej do żelu niż kremu. 
Można ją stosować na trzy sposoby:
1. tradycyjnie, czyli nałożyć na 15-20 min. po czym zmyć
2. na noc, zamiast kremu
3. jako bazę pod makijaż

Przetestowałam wszystkie opcje i oto moje wnioski:)
Stosowanie konwencjonalne: Nałożona nawet dość hojnie, po kilku minutach wchłania się kompletnie. Nie mam czego zmywać, choć miejscami czuję pod palcami jakby drobinki zrolowanego kosmetyku. Po jakimś czasie to uczucie znika. Maseczka nie jest tłusta ani lepka co mi się bardzo podoba. Cera jest z pewnością lekko napięta (ale nie ściągnięta) i gładsza. Koloryt jest wyrównany, a zaczerwienienia mniej widoczne. Nie odczuwam jakiegoś spektakularnego nawilżenia, choć suche skórki zniknęły:) Duży plus za to, że nie podrażniła mnie nawet podczas złuszczania Atredermem.
Zastosowanie na noc: Moim zdaniem kompletnie bez sensu. Zaraz po nałożeniu efekt jest taki jak wyżej, ale nie utrzymuje się do rana.
Jako baza pod makijaż: Nie byłam przekonana do tej metody, aż natknęłam się w sieci na filmik Lisy Eldridge, która bardzo ją sobie chwali. I rzeczywiście coś w tym jest. Na lekko napiętej skórze makijaż prezentuje się lepiej. Trzeba jednak uważać aby nie przesadzić z ilością maseczki (rolowanie) i raczej wklepać ją niż rozsmarowywać.  Co do przedłużenia trwałości makijażu, latem miałam wrażenie że szybciej mi się po niej świeci nos. Teraz nie mam z tym problemu.

Tak więc maseczka zdecydowanie robi to, co producent obiecuje- napina i rozświetla. Miłym bonusem jest też fakt że niezła z niej baza pod makijaż. Ja jednak ciągle mam wrażenie, że czegoś mi brakuje, że ta maseczka obrosła już w taką legendę, iż wywiązanie się z obietnic producenta to za mało;) Nie mniej jednak sięgam po nią z przyjemnością, więc cel został osiągnięty. 

Używałyście jej? Jaka jest Wasza opinia?

W składzie oprócz roślinnych wyciągów z alg, oliwek, ryżu i oczaru wirginijskiego, aż roi się od parabenów:/
Skład: aqua, propylene glycol, octyldodecanol, oryza sativa, sorbitan stearate, polysorbate 60, olea europaea, triethanolamine, carbomer, algae, bisabolol, parfum, hamamelis virginiana, sodium citrate, phenoxyethanol, methylparaben, ethylparaben, propylparaben, butylparaben, isobutylparaben, ptassium sorbate, ci 15985 
 

Avene Cicalfate- porównanie emulsji i kremu

| On
12:02

Hej:) Chciałabym Wam dziś opowiedzieć o produktach, które pomagają mi w czasie corocznych kuracji złuszczających. Chodzi o regenerującą serię Avene Cicalfate, którą w aptekach można spotkać w dwóch wersjach- emulsji i kremu. Oba kosmetyki mają te samo zadanie, czyli przyspieszenie regeneracji skóry po zabiegach dermatologicznych, ale też znacznie się od siebie różnią i o tym będzie ten post:)


Kosmetyki Avene z serii Cicalfate  przyspieszają proces gojenia skóry, przywracają jej komfort i przynoszą ulgę. Nie zawierają alkoholu, substancji zapachowych oraz pegów. W składach obu produktów znajdziemy oczywiście wodę termalną z Avene, siarczan miedzi i siarczan cynku- o właściwościach antybakteryjnych, oraz zmikronizowany sukralfat który "ma właściwości gojące i przyspiesza regenerację uszkodzonego naskórka przez pobudzenie wzrostu nowych komórek zarówno na powierzchni, jak i w głębszych jego warstwach. Tworzy na ranie ochronną warstwę łącząc się z proteinami skóry". Zarówno krem jak i emulsja są bardzo delikatne i nie szczypią. To ważne, bo po zabiegach złuszczających skóra jest nadzwyczaj wrażliwa. 
Oprócz wspomagania cery podczas kuracji kwasami czy retinoidami, Avene Cicalfate bywają także pomocne na podrażnienia  po depilacji i podczas przeziębienia (na otarty ciągłym wycieraniem nos). Ogółem wszędzie tam, gdzie skóra wymaga regeneracji i ukojenia.
No dobrze, to czym one się właściwie różnią? 
Otóż krem Cicalfate (w przeciwieństwie do emulsji) ma w składzie parafinę. Dla osób unikających tego składnika w kosmetykach to bardzo ważna informacja. Mi osobiście nie przeszkadza, ponieważ podczas złuszczania Atredermem nawet parafina mi nie straszna, ale jej obecność w znaczny sposób wpływa na konsystencję kremu i odczucie jaki zostawia na skórze. 
Emulsja Cicalfate jest niesamowicie lekka, wchłania się do matu właściwie natychmiast po nałożeniu i idealnie nadaje się pod makijaż. Krem jest zdecydowanie bardziej treściwy, ma cięższą konsystencję w związku z czym wchłonięcie się zajmuje mu trochę czasu, a i tak na skórze pozostaje cienki, ochronny film. Wiele osób wytyka mu tę właściwość, zapominając że seria Cicalfate to nie lekkie codzienne nawilżacze, ale produkty niemal lecznicze przeznaczone do stosowania na konkretne problemy skórne.
Ja kremu używam zazwyczaj na początku kuracji, kiedy skóra wzięta z zaskoczenia reaguje trochę histerycznie a łuszczenie jest największe. Później, kiedy cera trochę przyzwyczai się do ciągłego podrażniania wystarcza mi delikatniejsza emulsja, a krem stosuję od czasu do czasu, na noc albo punktowo.
Mam też porównanie do analogicznego produktu La Roche Posay- Cicaplast i niestety pozostaje on daleko w tyle za Avene. Ma nieprzyjemną, silikonową i lepką konsystencję, a i właściwości jakby dużo słabsze. Jest też trochę droższy.
Gdybym miała Wam polecić krem czy emulsja, powiedziałabym: zacznijcie od emulsji. Komfort używania większy, a być może dla Was okaże się wystarczająca. Jeśli nie, zawsze możecie sięgnąć po krem;)
Oba kosmetyki występują w pojemnościach 40 i 100ml a ich ceny wahają się między 30 a 40zł.